Śniadania w hotelu Chatrium są na dobrym poziomie, sporo azjatyckich dań plus hotelowa klasyka.
Song Wat to część starego Chinatown, które dostało drugie życie”. Sama ulica ma około 1,2 km i historycznie była ważną osią handlową przy rzece. Nadal są tam stare chińskie shophouse’y, magazyny, hurtownie przypraw i produktów spożywczych, ale obok nich pojawiły się kawiarnie, małe galerie, restauracje i street art. Spacer rozpoczynamy w okolicy Song Wat Road / Ratchawong Pier i idziemy Song Wat Road w stronę Talat Noi.
Po jakimś czasie dochodzimy do Talat Noi. Jest to stara chińska dzielnica z siecią bardzo wąskich uliczek, warsztatami mechanicznymi, stertami części samochodowych, starymi domami, kapliczkami i street artem.
Po niedługim czasie dochodzimy do River City. Jest to ambitne centrum galerii, wystaw i aukcji. Produkty w sklepach raczej z półki premium.
Nie obchodzimy całego River City, bo kończy nam się czas, a w planie mamy jeszcze ponowną wizytę w Iconsiam. Tak się składa, że z Riverhouse jest do Iconsiam prom. Promy w Bangkoku sporo ułatwiają transport.
W Iconsiam znów bogactwo różnych opcji jedzeniowych i zakupowych. Jemy tym razem w restauracji, a nie w steet food-owym Sooksian, robimy też zakupy rzemiosła na czwartym piętrze, i znów powrót do hotelu promem. Rzeką akurat płyną ogromnie długie barki.
Na lotnisku Suvarnabhumi zamawiamy jeszcze masaż nóg dla dwóch osób, cena wyższa niż na mieście, ale nie taka zła jak na lotnisko: THB 650 od osoby za 45 minut.
Wiele osób robiąc zakupy w Tajlandii, próbuje odzyskać VAT na lotnisku („VAT refund”). Warto wiedzieć, że na lotnisku Suvarnabhumi zwykle jest spora kolejka do zwrotu VAT i w wielu przypadkach okazuje się, że jest za mało czasu, by w niej stać.
Niestety, okazuje się, że nasz lot powrotny Air China do Pekinu jest opóźniony o prawie 3 godziny. Jednocześnie nasz lot z Pekinu do Warszawy odlatuje punktualnie. Wskutek tego tracimy połączenie i Air China organizuje nam inny lot do Warszawy: przez Genewę (bo na kolejny lot bezpośredni do Warszawy trzeba by czekać dobę). W międzyczasie przydziela nam hotel, dość słaby, ale i tak spędzamy w nim tylko dwie godziny – bo czekanie na bagaże i dotarcie do hotelu zajmuje dużo czasu. Niezbyt dobre wrażenie robi już transport do hotelu, gdzie wielu pasażerów z walizkami zostaje wrzuconych do busa bez bagażnika.
Lot przez Genewę do Warszawy przebiega już bez zakłóceń.
W tym dniu opuszczamy Mae Nam i wracamy do Bangkoku. Chat GPT doradził nam przybycie na lotnisko Koh Samui na 1.5 godziny przed planowanym odlotem. Do tego doliczyłem 30 minut na przejechanie 12 km dzielących nas od lotniska (zweryfikowałem to zgrubnie w Google Maps) i postanowiliśmy wyruszyć na 2 godziny przed odlotem samolotu. Już po chwili jazdy Grab-em okazało się, że tak mały zapas czasowy to błąd. Cała główna droga prowadząca wzdłuż wybrzeża z Mae Nam w kierunku lotniska wolno posuwała się w korku, a kierowca uświadomił nam, że tak to wygląda codziennie. Najwyraźniej nie wyglądało tak dzień wcześniej w niedzielę, gdy na szybko zweryfikowałem czas przejazdu w Google Maps. W każdym razie, po równo godzinie jazdy, przebyliśmy owe 12 km. Na lotnisku z kolei okazało się, że w kolejce od odprawy czekają setki ludzi. Ponieważ teoretycznie zostało nam tylko 15 minut do zamknięcia boardingu, wepchaliśmy się na początek kolejki, omijając na oko 30 minut oczekiwania. Nikomu w kolejce to nie przeszkodziło; najwyraźniej inni przybyli z większym zapasem. Po odprawie trzeba jeszcze odczekać parę minut, aby upewnić się, że nadawany bagaż przejdzie pomyślnie skany, później przebyć dość sporą drogę do terminali, a tam przejść odprawę bezpieczeństwa. W efekcie na bramce pojawiliśmy się dosłownie 4 minuty przed planowanym końcem boardingu. (W praktyce czasu było więcej, bo miało miejsce opóźnienie.) Po tych doświadczeniach, rekomenduję być 2 godziny przed odlotem na lotnisku Koh Samui, a do tego ostrożnie oszacować czas dojazdu na lotnisko, który może być bardzo długi mimo pozornie małej odległości.
Na lotnisku Koh Samui jest darmowy salonik Bangkok Airways dla wszystkich pasażerów; podobnie, jak na lotnisku w Bangkoku:
Samo lotnisko ma resortowy styl, niestety z powodów wspomnianych powyżej nie mieliśmy czasu przyjrzeć się placówkom handlowym, których po drodze na terminale jest chyba dość sporo.
W Bangkoku zarezerwowaliśmy nocleg w hotelu Chatrium Hotel Riverside Bangkok. Jest to pięciogwiazdkowy hotel o wysokim standardzie, cena noclegu to THB 11600 za pokój „Two Bedroom Suite City View” z dwoma sypialniami i dwoma łazienkami, w cenie jest śniadanie w formie bufetu. Tym razem zdecydowaliśmy się na dzielnicę Riverside, a nie Sukhumvit, żeby zobaczyć inną część miasta. Riverside ciągnie się wzdłuż rzeki Chao Phraya i obejmuje najbardziej znane zabytki i świątynie (Wat Arun, Wielki Pałac Królewski, Wat Pho). My jednak nie będziemy tych zabytków teraz zwiedzać, bo zrobiliśmy to podczas pobytu w Bangkoku w 2024 roku. Hotel okazuje się rewelacyjnym wyborem: obsługa kłania się w pas od momentu przyjazdu pod hotel, pokoje są luksusowe i dzięki lokalizacji nad rzeką mają wspaniały widok, a dodatkowo hotel ma własny prom dojeżdżający do centrum handlowego Iconsiam.
Tego wieczora postanawiamy odwiedzić Chinatown. Rozpoczynamy spacer przy Złotym Buddzie obok bramy Chinatown.
Tuż obok, po przeciwnej stronie ulic(y), jest kaplica Kuan Yin z posągiem z Chin, dokąd ludzie udają się po błogosławieństwo.
Samo Chinatown robi umiarkowane wrażenie. Może już w życiu zaliczyliśmy zbyt wiele innych Chinatown, by to akurat mogło nas zaskoczyć? Wygląda typowo dla Chinatown, jest mnóstwo restauracji z rybami, rekinami, i street food.
Po dość szybkim przejściu przez Chinatown jedziemy do Iconsiam, jednego z największych centrów handlowych Bangkoku. Na poziomie 0 znajduje się tam Sooksian, czyli sklepy z wyrobami rzemieślniczymi i z jedzeniem uporządkowane według regionów Tajlandii i uformowane na kształt pływającego targu. Dawno nie byłem w tak interesującym centrum handlowym.
Duriany do wyboru do koloru:
Wychodzimy z centrum handlowego, by zdążyć na ostatni prom do hotelu. Akurat odbywa się koncert fontann. Na rzece mnóstwo statków z imprezami i kolacjami.
Na promie do hotelu:
Na ostatnim piętrze hotelu jest bar z dobrym widokiem na rzekę i barki, choć prawdę mówiąc, widok z pokoju jest niewiele gorszy.
Mu Ko Ang Thog jest morskim parkiem narodowym, składającym się z kilkudziesięciu małych wysp, w większości niezamieszkałych. Znajduje się około 30 kilometrów od Koh Samui. Wielu touroperatorów oferuje wycieczki do tego parku, mu zdecydowaliśmy się na ofertę firmy Ko Samui Boat Charter, która organizuje te wycieczki dwoma relatywnie małymi tajskimi jachtami Red Dragon i Blue Dragon. Zachęciły nas dobre opinie o tym organizatorze i wycieczce oraz jej relatywna kameralność: na jachty jest zabierane tylko 14 – 28 osób. Cena wycieczki to THB 4200 od dorosłego, w tym transfer z/do hotelu, do tego dochodzi koszt wstępu do parku narodowego THB 300 od osoby i opcjonalny kajak THB 250 od osoby.
Łódź wypływa z Lipa Noi Pier, co ma tę wadę, że jest to dość brudny port. Całe szczęście, szybko wypływamy na morze. Po godzinie serwowane jest śniadanie wegetariańskie, całkiem smaczne.
Następnie dopływamy do wyspy Ko Nai Phut, gdzie opływamy skały kajakami i kąpiemy się w lagunie. Później są jeszcze skoki do wody ze statku.
Następnie dopływamy na snorkelling. Widoczność i atrakcje pod wodą są dobre. Organizator wycieczki zapewnia wszystkim maski i płetwy, które dobierane są indywidualnie pod każdą osobę.
Na obiad wybór dań jest dobry.
Później płyniemy na Ko Mae Ko – wyspę z laguną Thale Nai / Inner Sea.
I tu program wycieczki zbliża się ku końcowi, napojeni mrożoną margeritą i dodatkowo nakarmieni lodami wracamy na Koh Samui.
Zaletą wycieczki jest nieśpieszne tempo i brak tłumów turystów, zarówno na pokładzie, jak i na odwiedzanych atrakcjach.
18.08.2026 wymeldowujemy się z naszej willi w Lamai i jedziemy Grab-em do hotelu Saree Samui w Mae Nam. Choć to przejażdżka przez połowę wyspy, to czas przejazdu wynosi tylko 40 minut, a cena za duży van – THB 750. Bo to jednak nieduża wyspa.
Saree Samui to czterogwiazdkowy obiekt składający się z małych willi, położony przy samej plaży, która w tym miejscu wyspy jest wąska i zaciszna. Cena pobytu to THB 11800 dziennie, w tym śniadanie, za dwoje dorosłych i dwoje dzieci śpiących na kanapie w mini-salonie.
Później sprawdziłem, że wynajem dwóch tańszych willi (każda z wygodną sypialnią i salonem, choć dalej od morza) wychodzi taniej, niż tej jednej willi. Z uwagi na wiek dzieci chcieliśmy ulokować się wszyscy w jednej willi, ale w przyszłości rozważymy rezerwację osobnych willi / pokoi. Zwłaszcza, że większość hoteli przy plaży nie oferuje pokoi / willi czteroosobowych, liczba obiektów przy takim filtrowaniu spada o 95%.
Atutem hotelu jest duży, trzydziestometrowy basen.
Jedzenie w hotelowej restauracji jest, jak to w czterogwiazdkowym hotelu, dość drogie, a jednocześnie nierówne. Jedne potrawy są smaczne, inne – takie sobie. Przystawki THB 380, dania odpowiednio droższe. Szejki owocowe słabe, a kosztują THB 160 (w pobliskich restauracjach THB 80, a na markecie THB 40).
Śniadania w hotelu są ok, jest stacja jajeczno-omletowa, jest kilka lokalnych dań obiadowych codziennie innych, reszta oferty pozostaje stała – wybór raczej mały.
W piątki na plaży przyległej do hotelu organizowane są barbecue z owocami morza, z atrakcją w postaci pokazów ognia.
Na terenie hotelu jest masaż, ale ceny ma kilkukrotnie wyższe od lokalnych rynkowych. Korzystam z innego masażu na plaży:
Przy plaży cumują łodzie rybackie:
Plaża ciągnie się dość daleko w kierunku wschodnim, chyba aż do Bo Put. Można nią chodzić w tamtym kierunku na spacery. Po drodze mija się zarówno nieużytki pełne palm, jak i niedokończone inwestycje turystyczne:
Wzdłuż plaży mieszczą się dziesiątki masaży, jeden obok drugiego:
Niedaleko od hotelu znajduje się przystań Pralarn Pier, z której systematycznie odpływają promy i speedboaty na Koh Phangan i inne wyspy. Na terenie przystani jest parę sklepów i barów.
Między przystanią a hotelem znajduje się świątynia buddyjska Wat Na Phra Lan. Niewiele się w niej dzieje, ponoć upamiętnia legendarnego lokalnego mnicha Khrua Phutson, który jest przedstawiony na różnych rzeźbach.
W okolicy są małe lokalne restauracje, niektóre bardzo prowizorycznie urządzone, tym niemniej oblegane przez turystów. W jednej z nich -Yoi Restaurant – jemy smaczną kolację, a dodatkowo obierają dla nas całego duriana, pysznego, ale za dużego, żeby dało się go zjeść w całości (THB 180). W innej, mniej prowizorycznej – Sunshine Gourmet – jemy obiad. W każdym z tychmiejsc posiłek dla czterech osób z napojami i deserem wychodzi za około THB 1000.
Okolica tutaj jest dość wiejska w charakterze, ale jest dużo punktów handlowych i usługowych.
Praktycznie codziennie koło 15:00-16:00 godziny ma miejsce trwająca około 20 minut ulewa z silnym wiatrem. W efekcie na uliczkach powstaje pełno kałuż.
Mieszkanie w wiejskiej okolicy jest ciekawą odmianą po pobycie w zabudowanym Lamai. Wieś ma swoją mroczną stronę: palenie śmieci. Kilka razy czujemy ostry dym zupełnie jak na Sri Lance, bo ktoś pali przy drodze śmieci. Tu akurat ktoś palił meble:
Niedaleko od naszego hotelu znajduje się Mae Nam Viewpoint, wysunięte w morze wzgórze, z którego jest ładny widok:
W odległości 15 minut od naszego hotelu znajduje się Mae Nam Night Market. Jest to miejsce przeznaczone głównie dla lokalsów, w związku z czym wiele informacji jest tylko po tajsku, jakość – wysoka, a ceny – bardzo niskie (około 2-3 razy niższe, niż na odwiedzonym przez nas nocnym targu w Fisherman’s Village). Przykładowo, szaszłyki z kulek mięsnych po THB 10, ciepłe ciastka kokosowe po THB 30 za pudełko, szejki owocowe po THB 40, a pyszne sushi, robione na bieżąco, po THB 100 za 11 kawałków. Oprócz gotowego jedzenia są świeże owoce i warzywa oraz ryby i mięso. Bardzo polecam to miejsce. Poniżej stanowisko z Sushi:
A tutaj proponowane są desery – nie do końca wiem, na czym oparte, ale bardzo smaczne i w cenie THB 7:
Jednego z wieczorów (19.08.2026) wybieramy się na targ do Fisherman’s Village do Bophut (około 6 km, 15-20 minut, Grab THB 580). Targ robi wrażenie wielkością; składa się zarówno ze street food-u, jak i sprzedaży podróbek i lokalnych wyrobów, na jego obszarze są też stacjonarne sklepy i restauracje.
Niestety, street food na Fisherman’s Village jest mało smaczny, mimo wysokich cen jedzenia. Najwyraźniej tłum jednokrotnych turystów powoduje, że nie trzeba się starać ani jakością, ani ceną. Pieczona kaczka (THB 200) składa się z samych kości i suchego mięsa. Grillowane ośmiornice (THB 150 sztuka) są za twarde, by zjeść je w całości. Mały kawałek duriana (THB 100) jest tak twardy, że po paru kęsach resztę wyrzucam. Oczywiście wizualnie wszystko wygląda wspaniale. Odradzam street food na tym targu; nie jest warty swojej ceny, o ile w ogóle nadaje się do jedzenia. Dla mnie Fisherman’s Village był sporym rozczarowaniem, jakość słaba. a męczy tłum ludz, hałas, gorąco i spaliny. Trudno jest targ opuścić; ulice wokół niego są zakorkowane tysiącami jadących wolno aut i skuterów. Kierowca Grab nam powiedział, że tak to wygląda codziennie.
(Powyżej zdjęcie z targu – akurat wizualnie wszystko wygląda ok, gorzej ze smakiem.)
Te dni spędzamy w Lamai: pomiędzy willą, marketami i plażą, i lokalnymi atrakcjami turystycznymi.
Jest tu kilkudziesięciu krawców z ofertą skierowaną do turystów. Krawca Creative Tailor Samui wybrałem trochę na podstawie opinii Google i zdjęć, a trochę – siłą rzeczy – losowo. Trzy koszule, dwie pary lnianych spodni i dwie sukienki wycenił na THB 10600. Było kilka przymiarek, a w końcu, z powodu moich uwag do koszul, nie wyrobiliśmy się z ostatecznymi poprawkami przed wyjazdem z Lamai. Ale nie było to problemem – krawiec przywiózł finalne ubrania do naszego kolejnego hotelu już po wyjeździe z Lamai. Ogólnie, polecam tego krawca, ma profesjonalne podejście, a ubrania wyszły bardzo dobrze.
Obiad w The Captain Seafood & More. Dobre ryby i owoce morza, należy wybrać sobie konkretne egzemplarze, ceny wg wagi. Dodatkowo dobre są tu dania europejskie: makarony, sałatki – co nie jest normą w tym kraju. Byliśmy tu dwa razy podczas pobytu.
Druga restauracja, do której często wracaliśmy, nawet bardziej lubiana przez nas od powyższej, to Salathai Restaurant. Podobnie dobre, alb i lepsze, zarówno dania lokalne, owoce morza, jak i dania europejskie:
Są dwie metody wynajęcia leżaków na plaży. Jedna to zapłata za wynajem leżaka, zwykle THB 150 od sztuki (z parasolem) i opcjonalnie THB 100 za ręcznik. Drugie podejście to skorzystanie z baru, który leżaki z ręcznikami ma w cenie posiłków i drinków. To drugie podejście opłaca się bardziej, bo nikt nie każe kupić dużo, a ceny w tych barach są tak samo niskie, jak gdzie indziej. W praktyce nie ma jednak większej różnicy.
Na miejscu na plaży jest też masaż, z którego korzystamy. Ceny również jak wszędzie: większość masaży THB 300, masaż z olejem albo head+shoulders: THB 400.
Kupujemy drewniane rękodzieło (lampy z kokosów i drewna) od obnośnego sprzedawcy. Dobra jakość i niskie ceny.
Lamai Night Market to dość mały night market jak na Tajlandię. Kilka uliczek z jedzeniem, elektroniką i podróbkami znanych marek.
Durian w Lamai nie jest sprzedawany na każdym rogu, tak jak np. na Phukecie. Tym bardziej trudniej o obrany, gotowy do spożycia. W Lamai miejscem, gdzie można go znaleźć, jest Lamai Fresh Food Market. Sprzedają tam owoce, ryby, mięso i gotowe jedzenie:
Na plaży rozrywki dla dzieci to m. in. dmuchańce (THB 200 za godzinę) i SUP-y (THB 350 za godzinę).
Dla dorosłych są za to kluby plażowe z marihuaną:
Na mieście jest pełno salonów masaży, ceny wszędzie takie same lub zbliżone. Korzystamy wielokrotnie.
Centrum Lamai po zmroku żyje jeszcze bardziej, niż w dzień. Przewalają się tłumy turystów, bary są pełne i gwarne.
Najczęściej słyszanym językiem w Lamai (oprócz tajskiego) jest francuski. Ponoć trochę przypadkiem na Koh Samui przyjechało i osiedliło się wielu Francuzów, a później nastąpił efekt kuli śniegowej. Obecnie na całej wyspie mieszka na stałe około 6000 obywateli Francji, a do tego dochodzą tłumy francuskich turystów. W efekcie wiele restauracji jest francuskich, wiele menu jest po francusku, a w wielu miejscach tajowie witają turystów po francusku. Do popularności wyspy wśród francuzów przyczyniają się też prywatne szkoły uwzględniające programy międzynarodowe oraz elementy edukacji francuskiej, oraz świetne prywatne placówki medyczne z obsługą w tym języku.
Pomyślałem, że można by zarezerwować prywatną wycieczkę z przewodnikiem po głównych atrakcjach Koh Samui. Skontaktowałem się różnymi operatorami wycieczek. Okazało się, że część operatorów oferuje wycieczki bez przewodnika – wbrew temu, co piszą w swoich ofertach. Jednocześnie są to jednak wycieczki drogie – rzędu THB 7000, więc zastanawiam się, jaka jest wartość dodana takiej wycieczki względem znacznie tańszej taksówki albo wynajmu samochodu z kierowcą. Z kolei najtańsza wycieczka z prawdziwym przewodnikiem, jaką znalazłem, trwająca 6 godzin, to koszt THB 8800. Wydało nam się to absurdalnie drogo, jak na taką usługę – zwłaszcza, że większość głównych atrakcji nie wymaga specjalnego wyjaśniania. Dlatego darowaliśmy sobie te wycieczki, a do lokalnych atrakcji podjeżdżamy Grabem.
Rozważaliśmy też wycieczkę łodzią obejmującą Pig Island (Ko Mat Sum) i snorkelling na Tean Island. Ale tutaj też oferty touroperatorów nie były zachęcające: kosztowały sporo, a zakładały większość czasu (z trwające pół dnia wycieczki) na plaży ze świniami, a nie na snorkellingu. Relacje turystów co do wyspy świń są niejednoznaczne (świnie gryzą, lepiej nie karmić z ręki), więc zdecydowaliśmy się odpuścić tę atrakcję.
Wat Ratchathammaram (Red Temple) to buddyjska świątynia w Lamai. Cechą charakterystyczną są misterne rzeźby z czerwonego piaskowca. Jest tu też pagoda i sala do medytacji.
Hin Ta Hin Yai (skały babci i dziadka) to formacje skalne znane z kształtów przypominających męskie i żeńskie genitalia. Znajdują się na południu plaży Lamai, choć dostęp jest chyba tylko od drogi (od strony plaży są skały). Dużu tu turystów i handlu.
Nasz przełożony lot jest zaplanowany na 5:45 rano, na lotnisko przybywamy przed 4:0 rano. Stanowisko Bangkok Airways dopiero się otwiera, pracownicy rozpoczynają dzień pracy od wspólnego dzień dobry (tak zakładam, bo ich nie rozumiem).
Samolot na Koh Samui to śmigłowy ATR 72-600. W większości latają takie, ale są i we flocie odrzutowce. Podczas lotu rozdawane są w miarę smaczne kanapki z kotletem schabowym i napoje. Po wylądowaniu jedzie się z samolotu na lotnisko pojazdem z ławkami na świeżym powietrzu.
Z lotniska odbiera nas taksówkarz zorganizowany przez willę, w której będziemy przez tydzień mieszkać (przejazd THB 700). Będziemy mieszkać w jednej z praktycznie nowych willi na inwestycji Edenland. Inwestycja jest wciąż rozbudowywana o nowe wille. Wszystkie wille mają baseny i podobny układ. Nie wiadomo, jak wytrzymają próbę czasu, ale na razie są nowe, co jest zaletą. Willami zarządza francuska rodzina. Nasza willa ma 3 sypialnie i za pobyt w niej płacimy za pośrednictwem Booking.com kwotę THB 10200 za dzień. Rezerwacja była pewnym ryzykiem, bo obiekt, jako nowy, nie miał właściwie żadnych recenzji w Internecie. Pewną wadą nowej inwestycji jest brak większej roślinności, zaletą – relatywna bliskość plaży, w porównaniu z willami znajdującymi się na wzgórzach.
Willa nowa, ale ma różne niedoróbki, wynikające z niskiej kultury budownictwa w Tajlandii. Odpływy od umywalek działają średnio i wysuwają się ze ścian. W dwóch z trzech sypialni czuć wyziewy z kanalizacji, których pozbycie się – moim zdaniem – wymagałoby zamontowania muszli wc od nowa. Jako prowizoryczne rozwiązanie uszczelniam niektóre dziury samodzielnie, przy pomocy tego co jest pod ręką, w tym kupionej w tym celu specjalnie taśmy klejącej i plastikowych pianek. Drzwi, których nie da się zamknąć, zamykamy bambusem.
Jedna ważna uwaga. Na Koh Samui przybywamy podczas szczytu sezonu turystycznego. To prawda, że główny sezon turystyczny w Tajlandii to okres od grudnia do kwietnia (sucho i słonecznie). Jednak na Koh Samui jest dodatkowy mini-sezon w okresie lipiec-sierpień – wrzesień. Pogoda (w odróżnieniu do np. Phuket) jest wtedy stosunkowo dobra, choć zdarzają się przelotne opady. Okres ten przy okazji odpowiada zachodnim wakacjom szkolnym. Te same argumenty, które skłoniły nas do wizy na tej wyspie właśnie teraz sierpniu, skłaniają do wizyty w sierpniu co roku 170 000 turystów. Dlatego w sierpniu jest tu dużo ludzi, a ceny noclegów są dwa razy wyższe, niż poza sezonem. Również trudno jest o miejsca na lotach Bangkok Airways pomiędzy Bangkokiem a Koh Samui; wszystko jest wyprzedane, mimo, że samolotów lata bardzo wiele.
Plaża Had Lamai. Dużo leżaków i restauracji. Ceny jedzenia niskie, za obiad za 4 osoby płacimy THB 1100, w tym dwie ryby. Na plaży sporo różnych atrakcji, o czym będzie w kolejnych wpisach.
Ponieważ do willi trzeba kupić nawet papier toaletowy, o wodzie nie wspominając, idziemy do supermarketu Lotus’s na duże zakupy, które do do willi przywozimy Grab-em. Zauważyłem później, że aplikacja Grab umożliwia też robienie zakupów z przywiezieniem, również z tego supermarketu. Jest to opcja do przetestowania następnym razem.
Ulice w Lamai nie mają wszędzie chodnika, ale w wielu miejscach mają, albo daje się iść podjazdami do budynków.
W poniższym street food-zie zamawiam rybę z grilla i faszerowane jajka za THB 90 w sumie.
(Tego dnia mamy w planie lot na Koh Samui, ponieważ jednak nie dojdzie on do skutku, to dzień skończymy w okolicy lotniska.)
Na śniadaniu w Hiltonie wybór jedzenia jest dobry, choć w azjatyckich dużych hotelach zdarzał się lepszy.
Benjakitti Park to duży park niedaleko od Sukhumvit, z leśnymi obszarami i „ścieżką w chmurach”.
Z Benjakitti Park można dojść do innego dużego parku, Lumpini Park, przy pomocy Green Bridge, czyli prawie dwukilometrowej trasy poprowadzonej nad miastem. Z Green Brige są ciekawe widoki.
Lumpini Park już nie mamy siły i czasu zwiedzać, bo wkrótce mamy jechać na lotnisko, a jeszcze planujemy odwiedzić centrum handlowe Emporium.
W Emporium przeważają mało ciekawe sklepy dużych międzynarodowych marek, ale jest też trochę wysokiej klasy tajskiego tradycyjnego rękodzieła, na przykład porcelany. Kupujemy zestaw porcelany do jadalni i jemy street food z budek znajdujących się na najwyższym piętrze.
W samochodzie na lotnisko była powieszona kartka ze zdjęciami buddyjskich mnichów. Myślałem, że chodzi o jakieś wartości duchowe. Po zaaplikowaniu automatycznego tłumaczenia okazało się jednak, że w zamian za udostępnianie tego zdjęcia można zostać miliarderem. Dlatego go tu nie zamieszczam, bo i po co mi tyle pieniędzy.
Z lotniska Suvarnabhumi planujemy lot na Koh Samui. Na Koh Samui latają jedynie samoloty linii Bangkok Airways. Dzieje się tak dlatego, że lotnisko na Koh Samui jest prywatne, wybudowane przez właścicieli tej linii, więc i po co mieliby wpuszczać obcych? Co ciekawe, samoloty na Koh Samui latają w ogromnej ilości, dziesiątki lotów dziennie, od 5 rano do wieczora, więc zapotrzebowanie jest spore. Jednocześnie są to jedne z najdroższych lokalnych połączeń w Tajlandii. Płacimy THB 11530 za bilet w obie strony. Bilety trzeba kupować z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, bo się wyprzedają.
Na lotnisku Suvarnabhumi jest darmowy salonik lotniskowy dla wszystkich klientów Bangkok Airways, niezależnie od klasy lotu. Niestety jakość idzie w parze z ceną; stoliki nie są sprzątane na bieżąco, z przekąsek jest popcorn, gumowe mikro-kanapki i ciasteczka. Można przekąsić, ale nie zastąpi to normalnego posiłku.
Niestety, w wyniku pomyłki, idziemy do nieprawidłowej bramki na lotnisku, z której również jest lot na Koh Samui, o tej samej godzinie, jak nasz lot. Jak można się domyślać, nie zostajemy wpuszczeni na ten inny lot a jednocześnie jest już za późno na wejście na nasz lot. W efekcie nie lecimy nigdzie. Dobrze, że oddają nam bagaż nadawany i umożliwiają lot następnego dnia o 5:45 rano, wymuszający pobudkę o 3 rano.
W celu przenocowania rezerwujemy nocleg w hotelu Canalis Suvarnabhumi Airport Hotel. THB 6139 za Family Room bez śniadania; pokoje duże, choć nie tak wygodne, jak w Hilton Sukhumvit Bangkok. Łazienka umiarkowanie wygodna, klimatyzacja głośna. Hotel reklamuje „Free Scheduled shuttle from Hotel to Suvarnabhumi Airport”, ale okazuje się, że ten transport odbywa się tylko kilka razy dziennie, o ustalonych godzinach, w naszym przypadku odbywa się za późno jak na nasz lot. Za to można zarezerwować transport prywatny za THB 350, co w sumie jest ok.
Obok hotelu jest restauracja Keaw Kai Krob, z zewnątrz niepozorna, ale w środku rozbudowana i ciesząca się zasłużoną popularnością. Godne polecenia miejsce.
Tym razem korzystamy z usług przewoźnika Air China: lot do Bangkoku z przesiadką w Pekinie. Bilet na osobę w obie strony kosztuje PLN 3200 z bagażami 23 kg i posiłkami w cenie, tak więc cena konkurencyjna do przewoźników arabskich.
Połączenie to jest o tyle korzystniejsze od tych proponowanych przez przewoźników arabskich (Air Arabia, Fly Dubai), że omija region bliskiego wschodu, obecnie objęty wojną. Samolot leci nad Rosją do Pekinu przez około 8 godzin, a stamtąd do Bangkoku przez około 5 godzin.
Samolot do Pekinu jest w dobrym standardzie, dla chętnych są też wyższe klasy lotu.
System multimedialny proponuje wiele filmów tylko po chińsku.
Samolot z Pekinu do Bangkoku jest mały, ale wygląda na prawie nowy. Warto dodać, że zarówno samolot z Warszawy do Pekinu, jak i z Pekinu do Bangkoku, są idealnie punktualne. Samolot z Pekinu do Bangkoku został podstawiony z kilkugodzinnym wyprzedzeniem i jest podłączony do rękawu. Godne polecenia warunki oczekiwania na prawie pustym terminalu dobrej klasy. Na terminalu w pobliżu Starbucks Coffee. Za dwie kawy, w tym jedną z mlekiem, i croissanta (fakt, że słabego) płacę CNY 65 czyli PLN 36.
Na Tajlandię wykupuję kartę eSIM w Mobimatter za USD 8, jest to karta RoamVault 10 GB ważna 30 dni. Dzięki temu mogę zamówić z lotniska w Bangkoku do hotelu w dzielnicy Sukhumvit przejazd Grab dużym samochodem za THB 700. Zapewne taksówka z licznikiem wyszłaby podobnie albo taniej, ale wolę przejazd wyceniony z góry. Warto też pamiętać o możliwości skorzystania z limuzyn AOT, oferujących wysoki standard i zryczałtowane stawki dojazdu; korzystaliśmy z nich przy poprzedniej wizycie 2.5 roku temu, podróżując w większej grupie.
W Bangkoku mieszkamy w hotelu Hilton Sukhumvit Bangkok, gdzie płacimy THB 13347 za pokój rodzinny, składający się de facto z dwóch pokoi dwuosobowych połączonych hotelowymi drzwiami. Pokoje są duże, w każdej łazience prysznic i wanna. W cenie jest śniadanie i basen na ostatnim piętrze, z którego nawet udaje nam się skorzystać pierwszego dnia.
Sukhumvit to przede wszystkim jedna z najważniejszych i najdłuższych ulic w Bangkoku, ale w języku potocznym i turystycznym określa się tak również rozległą strefę ciągnącą się wzdłuż tej alei. Wzdłuż alei jedzie naziemne metro BTS. Jest tu pełno bardziej i mniej luksusowych centrów handowych, pełno masaży, park i inne atrakcje.
Emporium i Emsphere – to główne tutejsze centra handlowe. W jednym z nich jemy obiad, a właściwie kilka obiadów, bo każdy coś innego. Ceny jedzenia jak na Tajlandię umiarkowano-wysokie, ale i standard wysoki. Potrawy w cenach THB 300 – 900. Zjadłem tu pyszny deser – „durian sticky rice”, więc nie narzekam.
Benchasiri Park to ogród położony przy Sukhumvit Road, założony dla upamiętnienia piątej rocznicy urodzin królowej Sirikit, która miała miejsce w 1992 roku. W centrum parku jest staw, a naokoło stoją nowoczesne rzeźby. Największa rzeźba to moneta z wizerunkiem królowej. Są tu organizowane różne imprezy.