Rapallo to spore, jak na okolicę, miasteczko, z tłumem turystów i turystycznych atrakcji.
Z Rapallo przez większą część dnia odpływają promy płynące po kolei przez sąsiednie miejscowości: Santa Margherita Ligure, Portofino, San Fruttuoso. Bilet kosztuje w zależności od trasy około EUR 15-20. Te promy są głównym środkiem transportującym turystów pomiędzy tymi miasteczkami.
Portofino to jedno z ładniejszych, ale i najbardziej zatłoczonych miejsc.
Z Portofino wyruszamy pieszo do San Fruttuoso – miejscowości, do której da się dotrzeć tylko albo drogą morską, albo miejscami bardzo stromą ścieżką. Na początku drogi jednak ścieżka jest szeroką drogą, dopiero przy samym San Fruttuoso staje się ścieżką gruntową.
Z San Fruttuoso powrót promem do Rapallo, a stamtąd pociągami do Mediolanu.
Budynek dworca Milano Centrale, otwarty w 1931 roku, był wzorowany na Union Station w Waszyngtonie i jest mieszanką różnych stylów.
Na dworzec ten udajemy się celem wyjazdu do Ligurii. Niestety, nie mamy kupionych wcześniej biletów, co okazuje się błędem. O ile koleje regionalne sprzedają bilety bez ograniczeń, to do Genui kursują głównie pociągi Intercity o ograniczonej liczbie miejsc. W wyniku tego błędu przybywamy do Camogli nie o 10:30, jak planowaliśmy, ale o 15:30.
Na wieczór mamy zaplanowany nocleg w Rapallo, więc improwizujemy trasę przez San Rocco, Portofino Vetta i Rutę.
Z Ruty podjeżdżamy autobusem na camping Miraflores. Na campingu basen i pizzeria. W okolicy brak sensownych restauracji, wszystkie są w centrum Rapallo, ponad 30 minut drogi piechotą.
Do Mediolanu wyruszam rano linią PLL Lot. Połączenia tanimi liniami (Wizzair, Ryanair) albo miały niekorzystne godziny, albo nie były aż tak tańsze od PLL Lot, żeby była zachęta do skorzystania z nich. Ponadto lecę z dużym plecakiem turystycznym, który na pewno zostałby zakwestionowany w tanich liniach jako zbyt duży jak na bagaż podręczny. W PLL Lot się tego nie czepiają.
Lotnisko najbliżej Mediolanu to Mediolan-Linate, ale tam nie latają żadne linie z Polski. Loty są albo na Malpensę, albo do Bergamo. Odległość od Mediolanu obu lotnisk jest podobna, czyli dość spora – rzędu 50 km. W teorii lotnisko Bergamo jest niskokosztowe, ale nie miałem okazji przekonać się, na czym to polega. Różnica jest też taka, że Malpensa i Mediolan są skomunikowane pociągiem, a na lotnisko w Bergamo pociąg nie jedzie.
Dojazd z Malpensy do Mediolanu wspomnianym pociągiem kosztuje EUR 15. Pociąg jedzie prawie godzinę. Przejazd taksówką / Uberem zajmuje podobny czas, przy czym kosztuje znacznie więcej – rzędu EUR 150. Podobno na pociągu można dodatkowo zaoszczędzić względem EUR 15, kupując bilet z/do następnej za Malpensą stacji, bo wówczas przejazd staje się nielotniskowy i taryfa robi się niższa.
Mediolan to miasto bardziej nowoczesne i oferujące mniej turystyczych atrakcji w porównaniu do takich miast, jak Rzym czy Florencja. Do popularnych atrakcji Mediolanu należy katedra Duomo wraz z tarasami, galeria handlowa Galleria Vittorio Emanuele II, opera La Scala, Park Sempione z zamkiem Sforzów, i sporo innych, których nie miałem siły obejść w kilka godzin.
Mediolan jest pokryty bardzo dobrą siecią ścieżek rowerowych i posiada tani system miejskich rowerów. Można również wypożyczać rowery i hulajnogi elektryczne Uber Lime, Dott i innych firm. Jest to dobry sposób na sprawne i tanie poruszanie się po mieście.
Jedzenie, przynajmniej w rejonach mniej turystycznych, jest smaczne i niedrogie. W barze New Deal jem smaczny domowy obiad za EUR 9.
Na kolację gnocci i legendarne ossobucco w lombardzkiej restauracji Pane al Pane Vino al Vino, z dala od szlaków turystycznych. Jedzenie na lepszym poziomie, niż znane mi z wizyty w Rzymie miesiąc temu. Wino domowe też lepsze. Do tego przekąska „Fried bread with Stracchino Cheese”, gdzie smażone pieczywo to bardzo smaczny wypiek przypominający z wyglądu pustą w środku bułkę.
Na drodze Via Dei Fori Imperiali, prowadzącej do Koloseum, najwyraźniej kręcą się kieszonkowcy, bo byliśmy świadkami pościgu turysty za czarnoskórym człowiekiem, który coś mu ukradł. Okazało się, że kieszonkowiec wolno biegał, więc turysta bez problemu go dogonił i złapał. W tym samym czasie policjanci siedzący w samochodzie obok wpatrywali się w swoje smartfony.
Nie mam pojęcia, czy warto wejść do Koloseum, bo uznałem, że widok z ulicy mi wystarczy. Natomiast weszliśmy na Palatyn i do Forum Romanum, bo tam jednak jest sporo do zobaczenia i warto wejść na teren tych archeologicznych obszarów.
Bruk w Rzymie jest dość krzywy, na terenie całego centrum wygląda jak poniżej:
W autobusach w Rzymie można płacić przykładajac kartę kredytową do kasowników oznaczonych napisem „Tap & Go”. Bilet na 100 minut kosztuje EUR 1.50. Taka jest teoria, bo w praktyce te kasowniki nie działają: w pojeździe jest kilka i żaden nie jest uruchomiony. Cóż, trzeba jechać na gapę.
Hiszpańskie schody to atrakcja umiarkowana, ale umożliwiają dotarcie do Villi Medici, rezydencji artystów, gdzie za symboliczną cenę biletu przewodnik oprowadzi po warsztatach artystów, willi i ogrodzie.
Po dwóch dniach zwiedzania od rana do wieczora cieszymy się, że to już koniec pobytu – w tym sensie, że nie mielibyśmy siły na kolejny dzień zwiedzania w takim tempie.
Nasz wyjazd planowaliśmy z około 1.5-miesięcznym wyprzedzeniem. Na oficjalnych stronach głównych rzymskich atrakcji – muzeów watykańskich i Galerii Borghese – dostępnych biletów już nie było. W przypadku muzeów watykańskich zdecydowaliśmy się kupić bilety przez pośrednika na platformie GetYourGuide. Cena wyszła około EUR 70 od osoby. Gdyby były dostępne bilety na stronie oficjalnej, kosztowałyby EUR 25 od osoby. Tak czy siak, cena EUR 70 za tego typu atrakcję i tak nie jest wygórowana; przykładowo wstęp do Pałacu Topkapi w Stambule kosztuje EUR 55, a jest to atrakcja jednak mniejszego kalibru.
W Rzymie wszyscy turyści i mieszkańcy narzekają na brak dostępności biletów do w/w atrakcji. Mam wrażenie, że problem wynika właśnie z niskiej ceny biletów oficjalnych, zapewne podyktowanej kwestiami politycznymi. Zarabiają na tym pośrednicy. Również do Galerii Borghese można kupić bilety przez pośredników. Ja w każdym razie cieszę się, że ci pośrednicy istnieją.
Warto wziąć pod uwagę, że długość korytarzy muzeów watykańskich, które trzeba przejść zwiedzając, to około 7 km, ilość eksponatów jest olbrzymia, a ich opisy – lakoniczne.
Po zwiedzeniu muzeów i obiedzie chcemy iść do Bazyliki Św. Piotra. Można wejść za darmo, ale darmowa kolejka wydaje się stać w miejscu. Można też kupić bilety on-line na oficjalnej stronie po EUR 7, ale nie pomyśleliśmy o tym wcześniej, a teraz najbliższy dostępny termin to 17:30, a jest dopiero 15:30. Co robić?
W sukurs przychodzi pracownik szemranej agencji turystycznej Best in Rome Tour, który, widząc moją skwaśniałą minę, zbliża się do nas sprężystym krokiem. „Załatwię wam bilety bez kolejki, zaoszczędzicie wiele godzin, wejście już za pół godziny” – mówi miejscami łamaną polszczyzną. Skwapliwie przytakujemy, gotowi zaryzykować – tym razem EUR 25 od osoby. „Zobaczmy, co potrafi, przynajmniej będzie ciekawie” – myślę.
Przewodnik prowadzi nas do siedziby agencji, gdzie musimy wpisać nasze imiona i nazwiska i zapłacić gotówką (można też kartą, ale wtedy byłoby więcej o EUR 5), później każe siedzieć i czekać. Po kilkunastu minutach daje nam wydrukowane bilety – cóż: okazuje się, że są to te same bilety on-line po EUR 7 na 17:30, których zakup rozważałem wcześniej. Zwracam mu uwagę na to, że godzina na bilecie to dopiero 17:30, czyli za prawie dwie godziny. „To nie ma znaczenia” – mówi. „Za 10 minut zaprowadzę was do wejścia”. No i po dziesięciu minutach idziemy do wejścia dla osób z rezerwacjami on-line, kasjerzy skanują nasze bilety, i… wpuszczają. Zdaje się, że cały trik polega na tym, że nikt nie zwraca uwagi na to, na którą godzinę są bilety. Zresztą po kontroli biletów i tak kolejną godzinę spędzamy w kolejce do kontroli bezpieczeństwa. Na nią nie ma już mocnych.
A więc i tym razem pośrednicy „pomogli”. Mam mieszane uczucia, próbując zrozumieć, za co właściwie zapłaciłem, wydając EUR 25 od osoby za rzekomo darmową atrakcję. Za zakup biletu on-line, który mógłbym kupić sam? Mógłbym, ale jednak sam go nie kupiłem, bo nie chciało mi się czekać dwie godziny. A tak zapłaciłem więcej i wszedłem szybciej, bo ktoś wiedział, że godzina nie ma znaczenia…
Do Rzymu lecimy z Warszawy samolotem PLL LOT. Cena biletu to PLN 1079 od osoby w obie strony, bez bagażu nadawanego. Można było kupić tańsze bilety Wizzair, ale nie aż tak tańsze, by męczyć się w taniej linii.
Niestety, również w PLL LOT można zapomnieć o luksusach. I tak dobrze, że na cztery transporty pomiędzy samolotem a terminalem, dwa odbyły się przy pomocy rękawa. Natomiast jedzenie, jak to na krótkich lotach PLL LOT, jest słabe. Dają do wyboru bułkę z pomidorem lub bułkę z porzeczkami. Trzeba być naprawdę głodnym, żeby ją zjeść w całości.
Przy Rzymie są dwa lotniska: Fiumicino i Ciampino. LOT lata na Fiumicino , które jest „lepszym” w sensie standardu lotniskiem – co ciekawe, jest ono bardziej oddalone od Rzymu od ryanairowego Ciampino.
Z lotniska jest dostępny transport publiczny, jednak aby dotrzeć do naszego apartamentu w historycznym centrum, trzeba by czekać i przesiadać się, a przybywamy dość późno i na krótko. Tymczasem rzymskie taksówki oferują transport do / z Rzymu w zryczałtowanej cenie EUR 55, i na tę opcję się decydujemy. Taksówkarz okazuje się rzymskim intelektualistą, opowiada o Rzymie, a co trudniejsze fragmenty swoich wypowiedzi tłumaczy na język polski przy pomocy asystenta głosowego. Aż warto dodać kolejne EUR 5 napiwku.
W Rzymie zależało nam na noclegu w historycznym centrum, aby być w stanie dotrzeć na piechotę do głównych atrakcji, które planujemy zwiedzić. Zarezerwowaliśmy apartament przy Piazza Navona w cenie EUR 245 za noc za dwie osoby. Apartament jest mały(dwadzieścia kilka metrów) i bez wielkich wygód, ale niedługo po remoncie i z tarasem. W części wspólnej (bo jest to de facto mieszkanie podzielone na apartamenty) znajduje się mikroskopijna kuchnia z ekspresem do kawy. W cenie jest codzienne sprzątanie i wymiana ręczników. Jest nawet płatny (niedrogo) minbar.
Restauracje w Rzymie są, z perspektywy przybysza z Warszawy, niespecjalnie drogie. Dania główne kosztują około EUR 14, pizza podobnie. Dodatki po EUR 7. Wino domowe serwowane w restauracjach tanie, ale średnio smaczne. Lepiej zamówić droższe i lepsze.
Nie będę rozwodził się nad merytorycznymi aspektami atrakcji Rzymu, bo napisano o tym całe tomy. Skupię się bardziej nad rozważaniami praktycznymi.
To ostatni dzień naszego pobytu na Sri Lance. W planie mamy przejazd z Sigiriya do Katunayake w pobliże lotniska, skąd mamy powrotny lot wcześnie rano następnego dnia.
Po drodze mijamy człowieka na słoniu.
W Dambulla znajduje się Złota Świątynia buddyjska, jedna z większych lokalnych atrakcji. Jedziemy ją zwiedzić. Jest kilka jaskiń z posągami Buddy z różnych okresów. Za niewielką opłatą oficjalny przewodnik oprowadza i tłumaczy, o co chodzi.
W Katunayake zatrzymujemy się w Unic Residency and Airport Transit Hotel. Jest to tani nocleg, w cenie USD 50 za apartament z dwoma sypialniami, w tym podobno śniadanie, z którego nie planujemy skorzystać z uwagi na konieczność opuszczenia hotelu o 6 rano. Ale pokoje są czyste i schludne – jak widać, niska cena nie musi oznaczać kompromisu jakościowego.
Blisko hotelu jest wybrzeże Negombo Lagoon, gdzie w jednej z restauracji jemy kolację. Ceny niskie, brak turystów, widoki ładne.
Następnego dnia wcześnie rano opuścimy Sri Lankę za pośrednictwem lotniska Colombo Bandaranaike. Na lotnisku jest sporo sklepów i kawiarni, można zjeść śniadanie – choć już w cenach mocno europejskich.
Jedną z głównych atrakcji w okolicy trójkąta historycznego jest Sigiriya ze swoją Lwią Skałą. Wstęp jest umiarkowanie drogi, od razu zgłasza się do pomocy (opcjonalnej) jeden z oficjalnych przewodników. Koszt LKR 3000 za przewodnika wydaje się niski, jeśli zapewni on komentarz do całej wycieczki. Jak się okazuje, przewodnik nie tylko opowiada o zabytkach, ale również robi bardzo ładne zdjęcia naszej rodziny – których nie zamieszczam tu ze względu na prywatność.
Ogrody pod skałą:
Podejście:
Na górze:
Przy zejściu ze skały jest możliwość obejrzenia starożytnych fresków przdstawiających konkubiny króla. Jest tam zakaz robienia zdjęć.
Po wizycie na Lwiej Skale zabieramy bagaże z A4 villa do miejsca o wyższym standardzie. Jest to czterogwiazdkowy hotel Sigiriya. Standard jest zachodni, a cena – co ciekawe – całkiem umiarkowana; niewiele droższa od nieszczęsnej A4, obejmująca bardzo rozbudowane śniadanie w formie bufetu. W dodatku jest basen z widokiem na Lwią Skałę i z ratownikiem opiekującym się dziećmi. Jedyna wada – ciasne pokoje z dostawkami dla naszych dzieci. No ale nie można mieć wszystkiego.
Po południu wybieramy się na Pidurangala Rock. Jest to inna, trudniejsza do zdobycia skała, położona niedaleko od Lion Rock.
Niestety, nie udaje nam się wejść na szczyt. Od pewnego miejsca pojawia się kolejka ludzi do wejścia, która prawie się nie posuwa. Później zaczyna lać deszcz, co w połączeniu ze śliskim podłożem nie zachęca do kontynuowania wyprawy.
Wyjeżdżamy z Elli i udajemy się do tzw. trójkąta historycznego, gdzie mamy zarezerwowany nocleg w Habaranie. Po drodze mamy zwiedzić plantację herbaty w okolicy Nuwara Elija. Jak się okaże, trasa jest bardzo długa i zajmie nam czas od 9:00 rano do 9:00 wieczorem, godzinami drogami pełnymi serpentyn, kiedy to czujemy się jak transportowane worki kartofli, miotane na boki.
Zatrzymujemy się i wraz z kierowcą zwiedzamy przydrożne pole herbaty. Jedna z pań zbierających herbatę pokazuje, jak ją zrywać, można też zrobić jej zdjęcia. Wypada dać jej za to LKR 500. To godziwy napiwek, bo tylko kilka razy więcej dostaje za 4 godziny pracy w polu.
W wyniku cyklonu i intensywnych opadów deszczu, które miały miejsce miesiąc wcześniej, miało miejsce bardzo dużo osunięć ziemi, które zniszczyłu drogi, budynki, i przyczyniły się do zabicia wielu osób. Podczas naszej jazdy mijamy wiele osuwisk, w większości już uprzątniętych. Niektóre nie wyglądają najlepiej.
Mamy zaplanowaną wizytę w przetwórni herbaty. W jednej z nich nie ma już miejsc parkingowych, ale w kolejnej – Bluefield – udaje nam się zaparkować i otrzymać przewodniczkę, w dodatku mówiącą po polsku – plus w wielu innych europejskich językach – oczywiście nieidealnie i niekoniecznie rozumiejącą w tych językach, a jedynie opowiadającą. Tak czy siak zasługuje to na szacunek. Oprowadzanie po przetwórni jest darmowe, zarabia ona na sprzedaży turystom herbaty. Pokazywane jest zarówno zbieranie herbaty – wszyscy otrzymują tu pojemniki na herbatę i idą na pole zbierać – jak i dalsze etapy procesu: suszenie, fermentacja itd.
Jest też degustacja różnych herbat połączona z wykładem – płatna, choć symbolicznie.
W okolicy Habarany mijamy na szosie słonie. To podobno standard w tej okolicy.
W Habaranie mamy zarezerwowany nocleg w przybytku o nazwie A4 Villa & Spa. Obsługa jest miła i nawet mają specjalnie dla nas zorganizować pokaz lokalnych tańców. Nocleg jest raczej tani, po USD 64 za 4 osoby za noc, więc nie oczekujemy luksusów. Ale problem jest nie w braku luksusu, ale w złym stanie pokoi i ich higieny oraz czystości pościeli i ręczników. Znajomi, z którymi podróżujemy, nie są w stanie zmrużyć oka z powodu brudu. Jest to dziwne, bo na Booking.com ten przybytek ma wysokie oceny. Nie rozumiemy, gdzie popełniliśmy błąd przy rezerwowaniu tego noclegu. Coś dziwnego się tu musiało zadziać – coś, czego do końca nie rozumiemy. Dziś już jest za późno na zmianę, ale jutro zmienimy nocleg na coś bardziej cywilizowanego.
Na Sri Lance wszędzie leżą psy, i większość z nich wygląda tak samo: średnich rozmiarów żółte psy.
Dziś pada deszcz, więc planowaną wycieczkę na Little Adam’s Peak odsuwamy w czasie na później, a teraz odbywamy krajoznawczą przejażdżkę pociągiem, którą zasugerował nam nasz kierowca. Przebycie kilku stacji pociągiem i spotkanie tam kierowcy to popularny scenariusz tutejszej wycieczki. Peron zapełniony jest turystami, prawie żaden lokals nie wsiada do pociągu. Prawie wszyscy wysiądą po przejechaniu jednego przystanku. Jedziemy drugą klasą, płacąc po około LKR 100 za bilet. Pociągi mają 3 klasy.
Drzwi w pociągach, a także autobusach na Sri Lance, zazwyczaj pozostają otwarte podczas jazdy. Zapewnia to lepsze widoki i lepsze chłodzenie wnętrza. W tym przypadku turyści wychylają się z drzwi i pozują sobie do zdjęć.
W pociągu jest wagon barowy, poza tym krąży sprzedawca orzeszków.
Później jeszcze wizyta w herbal gardenie. Po wizycie tydzień temu w podobnym przybytku, jestem już mocno cięty na tę turystyczną atrakcję. Scenariusz jest podobny: oprowadzanie po ogrodzie i opowiadanie o właściwościach ziół, później dla chętnych kilkunastominutowy masaż, za który wypada zapłacić, a wreszcie wizyta w sklepie z ziołowymi specyfikami wycenionymi mocno wysoko, jak na warunki na Sri Lance – od których to zakupów przewodnik, który tu zaciągnął turystów, otrzymuje prowizję. Całe szczęście, po zakupach poczynionych w herbal garenie tydzień temu, tutaj prawie niczego nie kupujemy, bo już wszystko mamy.
Próbujemy zdobyć Little Adam’s Peak, ale zaczyna padać, więc przed szczytem zawracamy. Zamiast tego idziemy na masaż stóp do znalezionego w internecie salonu masażu. Ceny dostępne, po LKR 4000 – 5000 za masaż. Godne polecenia.