Dzisiaj opuszczamy Karon i jedziemy zwiedzać okolice parku narodowego Khao Sok. Nocleg mamy w domu wiejskim w Khlong Sok. Właściciele domu zorganizowali transport vanem z naszego hotelu na miejsce. Cena 3600 THB, dobra, bo van ogromny dziesięcioosobowy, a odległość to prawie 200 km, ponad 3 godziny jazdy.
Zarezerwowaliśmy 3 noclegi w Billion Views Khao Sok Homestay. Cena za dwupokojowy apartament z sypialnią THB 4459 za noc ze śniadaniem, więc znacznie mniej, niż za hotel, ale to w końcu „dom wiejski”. Mają w sumie 3 pokoje do wynajęcia, oprócz nas jacyś Anglicy tam byli. Wykupiliśmy też kolacje, wszystko pyszne, gotowane na miejscu z produktów hodowanych wokół domu. Cena kolacji to THB 350 dorosły, THB 200 dziecko. Nie było fizycznej możliwości zjedzenia tak ogromnej liczby różnych potraw, jakie nam przygotowywali. Można było też samemu uczestniczyć w gotowaniu.
Po zostawieniu bagaży i poczęstunku kawą trzeba ruszać dalej, bo dziś jeszcze jest w planie „bamboo rafting”, czyli spływ bambusową tratwą po rzece Sok River (THB 200 od osoby). Dojazd do rzeki odbywa się samochodem, przy czym mi przypada miejsce w bagażniku.
Po drodze jeszcze herbata lub kawa zagotowana w bambusie.
Kata Beach to plaża na południe od Karon Beach. „Zaprzyjaźniony” Murzyn z obsługi naszego hotelu polecił nam ją, jako bardziej kameralną. Pojechaliśmy tam taksówką – Boltem za około THB 200; jazda zajmuje około 15 minut. Plaża jest trochę bardziej kameralna, niż Karon Beach, bo jest węższa i mniej się na niej mieści leżaków. Ludzi też trochę mniej. Nadal jest to jednak plaża „masowa”. Tym niemniej, jest bardziej godna polecenia, niż Karon Beach.
Wzdłuż plaży Kata ciągnie się uliczka, rzeczywiście znacznie mniej zatłoczona od uliczek w Karon. Na uliczce tej jest sporo straganów ze street foodem i ze wszystkim, co może być potrzebne na plaży.
Z innych kwestii: sporo osób na tej plaży to Francuzi. Zapewne dlatego, że obok znajduje się hotel Club Med. W hotelach i na plaży Karon większość osób to Rosjanie. Choć akurat, wbrew obiegowym opiniom i narzekaniom, w ciągu kilku dni pobytu na Phuket nie zauważyłem żadnych „dziwnych” zachowań Rosjan; wydają się zachowywać tak samo, jak turyści z innych krajów.
Czemu jest tylu Rosjan? Po pierwsze, mają tu blisko, zwłaszcza z trzeciego największego miasta Rosji – Nowosybirska. Mają tu dużo bezpośrednich, tanich lotów, i lotnisko na miejscu – a oni lubią mieć blisko lotnisko. Po drugie, mają tu tanio, wiele hoteli oferuje okazyjne ceny dla rosyjskich biur podróży. Podobno wycieczki do Tajlandii są dla nich tańsze, niż do Bułgarii. Po trzecie, są tu mile widziani; nie tylko jako klienci, ale również politycznie; Tajlandia od wielu już lat umożliwia im wjazd na dłuższy czas. Jednocześnie są niemile widziani w różnych innych rejonach. Po czwarte, Rosjanie lubią towarzystwo innych Rosjan, więc zachodzi efekt kuli śniegowej. Po piąte, wielu uciekło tu przed mobilizacją.
Phuket Town to główne miasto regionu; ośrodek administracyjny prowincji Phuket. Jedną z bardziej znanych świątyń w tym mieście jest taoistyczna świątynia San Chao Jui Tui.
W Phuket Town pierwszy raz zauważyliśmy autobusy komunikacji publicznej.
Kable w Phuket Town, jak w większości miast w Tajlandii, idą po słupach.
Kawiarnie w stylu Harrego Pottera zawędrowały również tutaj.
Phuket Thai Hua Museum to muzeum historyczne Phuket, niestety o tej porze już zamknięte. Jego gmach jest podobno atrakcją architektoniczną.
Niedzielny nocny targ w Phuket Town to spora atrakcja regionu. Warto tu być wcześnie, przed 17:00, ale i tak trafia się na tak wielki tłum, że trudno się poruszać. Na targu jest sprzedawane jedzenie street food oraz wyroby rzemieślnicze.
Na targu występują też różni artyści, w tym dzieci.
W Karon jest pełno salonów masażu tajskiego. Praktycznie we wszystkich ceny za usługi są takie same, przykładowo masaż tajski wszędzie jest za THB 300. Korzystamy z masaży; trafiają nam się poprawne, choć bez rewelacji; raczej słabo robione. Ale może takich oczekują turyści. Sami wolelibyśmy mocniejsze masaże.
Poruszanie się pieszo na Phuket jest bardzo trudne. Często nie ma chodnika i trzeba przemykać się bokiem drogi, ustępując miejsca nadjeżdżającym samochodom i motocyklom. Przejście na drugą stronę ulicy stanowi nie lada wyzwanie, niezależnie od tego, czy chcemy ulicę przekroczyć w miejscu wyznaczonym, czy w innym. W każdym z tych przypadków samochody nie przepuszczają pieszych, nawet będąc na przejściu można zostać przejechanym. Aby przejść na drugą stronę, należy mieć nerwy ze stali, przeczekać, aż nic nie będzie jechać w naszą stronę w odległości bliższej niż 20 metrów, wtedy wkroczyć na jezdnię, patrząc, czy auto/a zwalnia/ją i czy można wkroczyć na kolejny pas ruchu. Trzeba uważnie patrzeć, czy jadące z obu stron auta rozważają w ogóle zmniejszenie prędkości, czy też trzeba jakoś się wycofać lub uciec. Nawet, jeśli auta zwalniają, mogą być one wyprzedzane przez motocykle. W praktyce w wielu przypadkach jedyną sensowną opcją jest zamówienie taksówki, nawet w celu pokonania bardzo krótkiej odległości. Wydaje się, że Tajowie raczej traktują pieszych jak powietrze, sami się pieszo nie poruszają, mają swoje sprawy, do których im śpieszno motorem lub samochodem, przejścia dla pieszych są dla nich niezrozumiałym turystycznym wymysłem.
Na ulicach Karon pełno jest dobrego jedzenia w przystępnych cenach.
Na śniadanie jemy buły nadziewane mięsem po THB 20 za sztukę, i zapijamy kawą i bubble tea z lokalnej sieciówki Chao Doi. Espresso kosztuje THB 50.
Po śniadaniu wyruszamy na pobliską plażę w okolicy lotniska. Plaża nazywa się Nai Yang Beach i jest częścią parku narodowego Sirinat National Park. Wstęp jest płatny, za dwoje dorosłych i dwoje dzieci płacimy THB 500. Ale za to plaża jest kameralna i bardzo ładna.
Można podejść 500 metrów w kierunku lotniska i znaleźć się na fragmencie plaży, bezpośrednio nad którym bardzo nisko lądują samoloty. W tym miejscu plaży przebywa najwięcej osób.
Po powrocie z plaży zamawiamy przez aplikację Bolt VAN-a, którym jedziemy do Karon. Tam mamy spędzić następnych kilka dni. Ogromny i wygodny VAN na 8 osób kosztuje 1000 THB, ale i odległość jest spora – 1.5 godziny jazdy.
W Karon zatrzymujemy się w hotelu Centara Karon Resort Phuket. Cena za 1 dzień pobytu czterech osób wynosi THB 10750. W cenie są śniadania i THB 500 kredytu do wydania codziennie w hotelowych barach i restauracjach. Ponadto za darmo uzupełniany barek z napojami i z piwem. Rezerwując ten hotel, myśleliśmy, że cena będzie niższa. Niestety, w całej Azji konsumentowi podczas rezerwowania zazwyczaj podawana jest cena bez podatków i dopłat, które są doliczane na końcu procesu rezerwacji. Oczywiście, można w ostatniej chwili zrezygnować z rezerwacji i nie zapłacić, tym niemniej czasem już się nie ma siły kombinować i łatwiej kliknąć „OK”. Tym bardziej, że zarezerwowany pokój ma około 120m2, składa się z salonu, dwóch ogromnych sypialni, kilku łazienek i wc, garderoby, trzech tarasów z których wychodzi się na ogród. Nie ma co za bardzo narzekać na cenę.
Dodatkową zaletą hotelu jest to, że jego obszar ma charakter sporego spokojnego ogrodu z drzewami, basenami i niskimi budynkami, a jednocześnie przylega do gwarnego obszaru pełnego salonów masaży, restauracji, straganów i street foodu. Jeśli ktoś szuka spokoju i odosobnienia, to nie w Karon.
Plaża Karon Beach jest szokiem po poprzednio odwiedzanych przez nas plażach w Tajlandii i Malezji. Tak dużej ilości ludzi i leżaków dawno nie widzieliśmy.
Można wynająć sobie dwa leżaki z parasolem na cały dzień za THB 200. Jest to śmiesznie niska cena w porównaniu z Hiszpanią lub tym bardziej z Włochami.
W Karon znajduje się też wiele salonów krawieckich oferujących szycie miarowe w przystępnych cenach. W jednym z nich, o nazwie Casa Di Moda, zamawiam kilka koszul po THB 1000 za sztukę. Po dwóch dniach odbieram 3 idealnie skrojone koszule i domawiam jeszcze jedną.
Air Arabia to międzykontynentalna tania linia lotnicza, operująca od jakiegoś czasu z Warszawy i Krakowa. Można kupić bilety z tych miast do różnych miejsc w Azji, z przesiadką w Szardży (Shariah) koło Dubaju. W regularnej sprzedaży bilety do Tajlandii sezonie (czyli podczas naszej zimy) kosztują od około 3200 zł od osoby w obie strony. Ponieważ to tania linia, to bagaż nadawany i jedzenie na pokładzie są dodatkowo płatne. Nie są to jednak duże kwoty: walizka 20 kg jest za dopłatą 60 zł, pojedynczy posiłek to około 30 zł. Najlepiej wykupić posiłki już przy zakupie biletu, bo wtedy jest lepszy wybór.
Pewną wadą tej linii jest to, że w samolocie na trasie Polska – Szardża (Airbus A320) jest bardzo mało miejsca na nogi w tylnej części samolotu – za wyjściami awaryjnymi przy skrzydłach – bodajze rzędy 13 i dalsze. Są to też miejsca tańsze od tych z przodu, jeśli ktoś chce zarezerwować je z wyprzedzeniem. Osoba na poniższym zdjęciu ma poniżej 1.7m wzrostu, a nogi się ledwo mieszczą. Jest to pewien dyskomfort przy ponad sześciogodzinnym locie.
Dla porównania, ta sama osoba w rzędzie w przedniej części samolotu:
Z Szardży na Phuket lot odbywa się samolotem Airbus A321neo i tam w żadnym rzędzie nie ma problemu z miejscem na nogi.
Lotnisko w Szardży jest ok, ale nie ma na nim zbyt wielu ciekawych rzeczy. Pewną zaletą jest to, że jest małe, bo podczas przesiadki odległość do przejścia jest mala. Najlepiej mieć około godziny z kawałkiem na przesiadkę na tym lotnisku i połączenia z taką przesiadką Air Arabia często proponuje. Krótka przesiadka nie stanowi ryzyka, bo obie części podróży są na jednym bilecie, więc to przewoźnik odpowiada za dowiezienie nas do miejsca docelowego, nawet w przypadku opóźnienia pierwszego samolotu.
Na pierwszy nocleg zarezerwowaliśmy hotel w odległości spaceru na południe od lotniska, bo lądowaliśmy wieczorem i nie chcieliśmy tego samego dnia jeszcze daleko dojeżdżać. Hotel Terminal 58 jest godny polecenia, bo nowo odnowiony, oczywiście klimatyzowany, pokój dla czterech osób kosztował THB 2187, czyli około 260 zł.
W okolicy hotelu jest pełno lokalnych restauracji i barów oraz street foodu. Bardzo smaczne danie główne w tajskiej restauracji kosztowało nas 100-150 THB. Tajskie piwo – 100 THB.
W takich lokalnych restauracjach płatność jest tylko gotówką. Ale już w trochę droższych miejscach i lokalach i sklepach sieciowych karty są akceptowane. Zakup tajskiej waluty BHT w Polsce przed wyjazdem nie do końca ma sens. Oficjalny kurs THB do PLN to obecnie 0.12 PLN (12 groszy) za 1 THB. W warszawskich kantorach THB jest sprzedawany za 13 groszy i trudno o lepszy deal, bo tej waluty w ogóle często nie mają, bo zainteresowanie jest większe, niż podaż. Przy wypłacie z bankomatu w Tajlandii przy pomocy karty wielowalutowej, kurs, uwzględniając wszystkie prowizje, wyniósł mnie 12.1 grosza za 1 THB. Od każdej wypłaty jest pobierana prowizja BHT 220, więc najlepiej opłaca się jednorazowo wypłacić jak najwięcej, czyli 30000 BHT, bo tyle maksymalnie bankomat wypłaca.
Bankomat KBanku w ogóle nie chciał mi wypłacić pieniędzy. Poniższy wypłacił bez problemu.
To, co rzuca się w oczy na Phuket, to bardzo duża liczba miejsc oferujących marihuanę, która – zdaje się – jest w Tajlandii legalna.
Little India to dzielnica hindusów w Singapurze. Pod Indian Heritage Centre widać wiele wycieczek indyjskich dzieci.
O ile singapurskie Chinatown jest zorientowane na turystów, to Little India wygląda bardziej na wymianę towarów pomiędzy hindusami. Mało tu pamiątek, wiele artykułów pierwszej potrzeby w bardzo niskich cenach. Jakość niska.
Jest sporo usług naprawczych wykonywanych na ulicy.
T-Shirt z napisem Tatry to dziwny przypadek. Nie sądzę, żeby sprzedawca ani producent tego produktu wiedzieli, co to Tatry.
Mustafa Centre to podobno główny dom handlowy tej okolicy. Odpuściliśmy sobie wejście do środka, bo wyglądało na to, że znajdziemy tam to samo, co wszędzie.
Świątynia Sri Veeramakaliamman Temple była zamknięta w czasie naszego spaceru.
Położony w centrum Singapuru Fort Canning Park zawiera wiele atrakcji, w tym kolejny ogród botaniczny i grobowiec prastarego sułtana.
Lotnisko w Singapurze jest ogromne i luksusowe. Główną atrakcją jest wysoki na 7 pięter wodospad, wokół którego znajdują się ogrody, ścieżki w chmurach i restauracje. Wszystko to w klimatyzowanej szklarni. Po zmroku co godzina odbywa się spektakl muzyczno-laserowy.
Zadbano też o komfort w wc. Pilot do deski sedesowej ma kilkadziesiąt opcji i ustawień.
Jeśli jednak ktoś ma zastrzeżenia – może je zgłosić do konkretnej osoby odpowiedzialnej za wc:
Oprócz ścieżki w chmurach nad wodospadem, dostępne są też inne atrakcje, niestety wieczorem po zmroku nie były już czynne:
Niestety, liczba wygodnych miejsc na drzemkę w poczekalniach jest ograniczona. Jeśli ktoś chce się przespać, musi znaleźć zaciszny kąt i zrobić to na podłodze. Albo i położyć się na środku:
Przesiadkowe lotnisko w Katarze najwyraźniej pozazdrościło luksusów lotnisku w Singapurze. Na lotnisku w Katarze też jest ogromny, zamknięty w klimatyzowanej szklarni ogród. Wśród zieleni są ławki, a nawet domki, w których można spędzić czas.
Na lotnisku znajduje się również wielka, bo dziesięciometrowa, rzeźba amerykańskiego artysty Kawsa. Są też podobno inne dzieła sztuki, ale nie mieliśmy już ani czasu ani siły na ich odnalezienie.
Kolejny dzień w Singapurze rozpoczyna się deszczem. Całe szczęście deszcze tutaj przechodzą tak samo szybko, jak się pojawiają. Zresztą wszystkie hotele na Półwyspie Malajskim zapewniają parasole.
Gdzie lepiej spędzić czas w Singapurze, niż w Garens by the Bay? Znów tam jedziemy. Cloud Forest był odwiedzony podczas poprzedniej wizyty, tym razem czas na Flower Dome.
Podobnie, jak Cloud Forest, Flower Dome to ogromna, wysoka, klimatyzowana szklarnia. W środku bardzo zimno. Na dolnej kondygnacji, wśród europejskich kwiatów rozstawione obrazy Moneta, dla tutejszych to egzotyka. Dla zwiedzających jest konkurs z główną nagrodą w postaci biletów lotnicznych do Francji.
Jest makieta domu, mającego przypominać dom Moneta. W środku akurat odbywa się sesja ślubna.
Do najbardziej znanego w okolicy hotelu, Marina Bay Sands, przylega ogromna przestrzeń handlowa. Są sklepy luksusowych marek, rekordowo ogromne i puste. Jest też food court, mieszczący kilkaset barów szybkiej obsługi, ekstremalnie zatłoczony tysiącami jedzących ludzi. Po dłuższym czasie znajdujemy miejsce siedzące i jemy smaczne obiady po SGD 10-15.
Przy ArtScience Museum jest mała przystań, na której można wsiąść na krótki rejs widokowy organizowany przez WaterB River Cruise Singapore. Łódź jest cicha, nie słychać silnika. Opływa zatokę i wpływa kawałek w głąb rzeki Singapur. Morał z rejsu jest taki, żeby następnego dnia wybrać się piechotą na wybrzeże tej rzeki, bo widać tam sporo fajnych knajp.
Orchard Road, nieopodal której mieści się nasz hotel, to miejsce z niebotyczną wręcz liczbą centrów handlowych i sklepów.
Trochę na uboczu, w „tanim” centrum handlowym, znajduje się zagłębie krawców. Ceny tych usług krawieckich są dziwnie niskie w odniesieniu do innych cen usług w Singapurze. Koszula na miarę za SGD 30, czyli taniej, niż porcja duriana i taniej, niż 25-minutowy przejazd taksówką na lotnisko? W luksusowych tutejszych cukierniach ciastka potrafią kosztować SGD 30. Nie miałem jednak okazji przetestować tych krawców – głównie z braku czasu, a ponadto założyłem, że 2 dni to za mało na zamówienie i odbiór ubrań na miarę.
Dziś rano opuszczamy gościnną okolicę Kuantan. Musimy dostać się do Singapuru, bo stamtąd mamy pojutrze powrotny lot do Polski. W niektóre dni tygodnia, w tym dziś, jest bezpośredni lot z Kuantan do Singapuru linią Scoot, MYR 700 za lot na 4 osoby z nadawanym bagażem. Jest to wygodniejsze i tańsze od lotu z przesiadką w Kuala Lumpur. Sam lot trwa 40 minut.
Lotnisko w Kuantan jest małe, o 6:30 rano jest tam tylko sklep z mydłem i powidłem, a o 7:00 otwierają kawiarnię.
W Internecie można znaleźć nieprzychylne opinie o linii Scoot, ale w naszym przypadku nie było zastrzeżeń. Przy zakupie biletów przez Internet była dodatkowo płatna opcja wyboru miejsc, ale z niej nie skorzystaliśmy. Na lotnisku przydzielono nam miejsca obok siebie, więc nasza decyzja okazała się słuszna.
Tym razem w Singapurze zarezerwowaliśmy hotel Holiday Inn Singapore Orchard City Centre. Dwa dni ze śniadaniem dla dwojga dorosłych i dwojga nastolatków kosztują SGD 836. To typowa cena za hotel czterogwiazdkowy w Singapurze, w centrum i z basenem.
Widok z pokoju nie jest zachwycający, ale – jak się później okazało – hotel ma inne plusy.
Tymi innymi plusami są korzyści wynikające z zarezerwowania hotelu bezpośrednio: (1) późny check-out do 14:00, (2) wliczony w cenę dostęp do salonu „executive lounge access”. Salon ten umożliwia przez cały dzień korzystanie z napojów i przekąsek, a od 18:00 do 20:00 (w weekendy od 16:00 do 20:00) dodatkowo zapewnia ciepłe posiłki oraz wybór alkoholi. Grzech nie korzystać!
W hotelach na Półwyspie Malajskim oznaczony jest kierunek, w którym muzułmanie powinni się modlić. W niektórych hotelach strzałka jest na suficie, w tym – strzałka jest w szufladzie.
W podróżach zagranicznych najwygodniej zawsze mi było korzystać z kart esim. W teorii mają one same zalety: ich ceny są niskie, zakup nie wymaga pokazywania nikomu paszportu, nie trzeba niczego wkładać do telefonu, a dodatkowo wszystko można załatwić na spokojnie jeszcze przed wjazdem do miejsca docelowego. Tym razem miałem jednak pecha, i sam nie wiem, czy problemy wynikły z jakości zakupionych e-simów, czy z jakiegoś problemu z moim telefonem Samsung Galaxy S24.
Przed wjazdem do Singapuru najpierw kupiłem kartę esim na Singapur w Airhubie. Z powodzeniem kupowałem tam wcześniej esimy, również na Singapur. Jednak tym razem karta nie dała się wczytać do telefonu, wyświetlał się komunikat, że karta jest nieprawidłowa albo już użyta. Po 30 minutach walk z supportem dostałem nową kartę esim, która do telefonu się załadowała. Jednak w Singapurze karta ta mi nie chciała działać. Kupiłem zatem kolejnego esima, tym razem w Airalo. Z powodzeniem kupowałem tam wcześniej esimy, również na Singapur, które działały. Ten esim jednak również mi nie zadziałał. W końcu musiałem kupić tradycyjną i kilkakrotnie droższą kartę sim u dystrybutora Singtel w Singapurze: specjalna, droga karta dla turystów, oczywiście za okazaniem i zrobieniem kopii paszportu. Z początku i ta karta nie działała, ale nagle jakimś cudem zadziałała. Dobre i to.
Chinatown w Singapurze. Jedną z atrakcji tej mini-rejonu jest bynajmniej nie chińska, ale hinduska świątynia Sri Mariamman Temple.
Są też murale.
Na uliczkach tej dzielnicy jest sporo straganów z różnej jakości chińskimi produktami, od dziadostwa do całkiem interesujących, ale wtedy i zbyt drogich, rzeczy. Jest też cała hala z jedzeniem.
Niestety wśród jedzenia trudno znaleźć coś smacznego. W każdym razie moje i syna dania były średnio jadalne i większość zostawiliśmy.
Podczas pobytu w Malezji jakoś nie złożyło się, żeby zjeść duriana, tutaj w końcu się złożyło. Cena za porcję spora, bo SGD 30-50 (w zależności od gatunku). No ale warto; mogę się zgodzić z tezą, że to jeden ze smaczniejszych owoców – i jednocześnie jeden z gorzej pachnących.
Metro w Singapurze to wygodny i szybki środek transportu, ale sporo czasu zajmuje przemierzanie bardzo długich korytarzy i dziesiątków schodów. Cena za przejazd nie jest wysoka, ale przy czterech osobach często wychodzi taka sama, jak zamówienie Grab-a albo Zig-a, a tymi ostatnimi dociera się wszędzie 20 minut szybciej, przy okazji podziwiając miasto. Dlatego z metra korzystamy sporadycznie.
Autobusy są wygodne, dodatkowo zapewniają widoki, zwłaszcza z poziomu 2.
Pobyt w hotelu mamy bez wykupionych śniadań. Pomyślałem, żeby dziś zjeść śniadanie poza hotelem, w jednej z restauracji przy głównej drodze. Niestety, okazuje się, że restauracja jest rano nieczynna, więc jemy w hotelu. Śniadanie i kawa dobre, zniżka dla dzieci.
Tutejsza plaża nie będzie odpowiadać osobom szukającym spokoju. Od 7:00 rano odbywają się na niej integracyjne gry, przejazdy quadami i końmi. Większość gości hotelu przez cały weekend to pracownicy Daihatsu i innych firm. Spędzają czas na grach zespołowych i wspólnych posiłkach. Puszczana też jest głośna muzyka.
100 metrów na południe od hotelu, 5 metrów od plaży w krzakach znajduje się brytyjski bunkier z okresu II wojny światowej.
Basen hotelowy w części że zjeżdżalniami jest przez większość czasu zapełniony dziećmi. Za to część bez zjeżdżalni zazwyczaj jest pustawa.
Batik to rzemiosło ozdabiania tkanin woskiem i farbą. Pięć minut jazdy samochodem od hotelu znajduje się Natural Batik Village. W miejscu tym można kupić ręcznie wyrabiane batikowe produkty. Kupuję tutaj kilka koszul po MYR 50 i kilka t-shirtów po MYR 25. Można też uczestniczyć w warsztatach wyrabiania batiku, jest też coś w rodzaju muzeum.
Po zwiedzeniu Batik Village chcieliśmy zjeść obiad w lokalnej restauracji. Jednak restauracje znajdowały się po przeciwnej stronie szosy. Postaliśmy chwilę przy szosie, próbując przejść na drugą stronę, jednak w końcu poddaliśmy się; przejście przez szosę byłoby zbyt niebezpieczne z powodu nieustającego ruchu samochodów. Skończyło się na zamówieniu Grab-a do hotelu.
Na wieczór zarezerwowaliśmy rejs łodzią Kuantan River Night Safari: River Cruise + Fireflies watching + Wild crocodiles spotting, w firmie Kuantan River Cruise. Pomyśleliśmy, żeby dostać się do Kuantan autobusem – jako, że przystanek znajduje się tuż obok hotelu. Autobus jeździ co godzinę.
Pusty przystanek nie wróżył niczego dobrego, zresztą na recepcji zniechęcano nas do skorzystania z autobusu z uwagi na brak punktualności. Okazuje się, że autobusy mają GPS-y i na przystanku jest link do ich śledzenia.
Niestety, z aplikacji do śledzenia jasno wynikło, że autobus zaplanowany na obecną godzinę w ogóle nie jedzie, a kolejny przyjedzie dopiero za godzinę. Nasza próba skorzystania z komunkacji publicznej skończyła się więc zamówieniem Grab-a.
Gdy dotarliśmy do Kuantan River Cruise, okazało się, że na wieczór przewidywana jest burza, więc rejs zostaje odwołany. Pozostał nam zatem kolejny spacer po niezbyt atrakcyjnym Kuantan, dodatkowo – zgodnie z prognozą – zaczęło padać.
Poruszając się po chodnikach Kuantan trzeba uważać na kanały burzowe, które znajdują się bezpośrednio przy chodnikach i są bardzo głębokie. Chyba tylko dlatego nikt w nie nie wpada, że muzułmanie – przynajmniej teoretycznie – nie spożywają alkoholu.