Ulegamy „zaprzyjaźnionemu” organizatorowi wycieczek z plaży i jedziemy na wycieczkę. Ma ona obejmować wizytę w ajurwedyjskim ogrodzie / lecznicy, w sanktuarium żółwi i mini-safari rzeczne na rzece Bentota. Rozważaliśmy również bardziej interesujące safari na rzece Madu, ale perspektywa dojazdu 1.5 godziny w każdą stronę nas zniechęciła.
Cena wycieczki za 7 osób w sumie EUR 100, w tym wszystkie wstępy. Ale wycieczka składa się z kilku wizyt, które – od razu widać – są tak dobrane, żeby zarobić na turyście.
Pierwszy etap to wizyta w „Herbal garden, authentic, ayurvedic”. Przewodnik oprowadza po ogrodzie, trochę mówi o roślinach i ich zastosowaniu. Następnie uczestnicy wycieczki zostają poddani ajurwedyjskiemu 15-minutowemu masażowi, za który sugerowany jest datek. Ponieważ wcześniej płaciłem LKR 5000 za godzinny masaż, to tu zapłaciłem datek LKR 2000. W sumie masaż ok, choć krótki. Wreszcie, na końcu, jest wizyta w sklepie – i chyba z tego oni żyją. Ceny na moje oko spore, ale żona chciała i kupiła produktów za LKR 95000. Z tego, co czytam w opiniach na Google Maps, to można te same produkty kupić w aptece jakieś 100 razy taniej – ale nie miałem jak tego zweryfikować. Zresztą – co w sumie za różnica? Ajurwedyjski sklep zaliczony, może nie trzeba będzie już kupować niczego w kolejnych… Naszemu przewodnikowi też wypłacono jego dolę na końcu.


Następny etap wycieczki to Bentota river safari & Sammy water sports. Tutaj wsiadamy na łódkę i zwiedzamy rzekę, jej dopływ do morza i namorzynowy las u brzegu. Nie wiem, ile kosztuje ta atrakcja, bo jest w cenie naszej wycieczki. Ale za nią akurat warto by było zapłacić, bo jest trochę ciekawych zwierząt do obejrzenia.

Nietoperze:

Warany:

Kameleony:

Małpy:

Charakterystyczny ptaszek:

Duży krokodyl:

Ostatnim etapem podróży jest wizyta w Sea Turtle Project. Wstęp znów mieliśmy wliczony, ceny nie znamy. Jest to w sumie ciekawa wizyta, zwłaszcza dla dzieci. Można obejrzeć różne żółwie, duże i małe, jak również je potrzymać. Na końcu można dać donację albo zakupić w ramach donacji drobiazgi. Tu jakoś dziwnie to wygląda, bo magnes chcieli sprzedać za LKR 8000, więc zdecydowałem się dać samą donację. Dałem w końcu symboliczne LKR 2000 – ale gdy chciałem je wrzucić do puszki, to przewodnik kazał dać do ręki. Ok, w porządku – ale jakieś to dziwne.

Przy powrocie do naszej willi przewodnik proponował jeszcze masaże i wizyty w sklepach, jednak byliśmy już mocno zmęczeni. Wycieczkę oceniam w miarę pozytywnie, ale nie do końca przekonały mnie zakupy żony w ajurwedyjskim sklepie, po chyba zawyżonych cenach. Reszta atrakcji ok. Podstawa to nie płacić zbyt wiele, gdy cena albo darowizna jest „co łaska”.