25.01.2026 Hikkaduwa

Nasz hotel, mimo „Hikkaduwa” w nazwie, jest odległy od Hikkaduwa o jakieś 15 minut jazdy samochodem. Wybraliśmy się do Hikkaduwa na krótki rekonesans.

Miejscowość jest położona wzdłuż głównej drogi i nie posiada chodnika, więc poruszać się po niej dość trudno, jeśli przeszkadza nam ocieranie się o samochody. W centralnej części miejscowości jest plaża, koncentruje się tu biznes turystyczny i sklepy. Plaża raczej wąska, po morzu pływają surferzy na falach. Miejscowość wygląda na mocno „młodzieżową”; są hostele i tanie hotele po kilkanaście USD za noc, są koncerty i imprezy.

Moją uwagę przyciąga Elephant Foot Drum Shop (https://www.elephantfootsrilanka.com/), właściciel jest muzykiem, zachęca do przyjścia na koncert następnego dnia. W ofercie sporo różnych bębnów i perkusjonaliów.

Hikkaduwa nie do końca trafia w nasze potrzeby – osób podróżujących z dziećmi. Po zjedzeniu średniej jakości obiadu w jednym z hoteli, zamawiamy powrotny transport.

Okolica naszego hotelu jest bardziej wiejska od Hikkaduwa, białych ludzi tu raczej nie widać.

Warto wspomnieć, że pomiędzy miejscowościami (hotel-Galle, hotel-Hikkaduwa) przemieszczamy się przy pomocy aplikacji PickMe. Jest to lokalna wersja Ubera. Uber też tu jest, ale PickMe ma większą flotę dużych samochodów, mogących pomieścić naszą siedmioosobową grupę. Przejazdy zazwyczaj wychodzą w granicach LKR 3500 za kilkunastokilometrową jazdę.

Jeszcze przed przyjazdem na Sri Lankę czytałem o mafii tuktukowej – chodzi o to, że kierowcy tuk-tuk stanowią mafię, która przegania, albo i bije kierowców Ubera i PickMe. Sami zaś oferują przejazdy tuk-tukami w absurdalnie wysokich cenach. Na szosie na wysokości naszego hotelu też zawsze stoją 1-2 tuk-tuki. Jeden z kierowców z aplikacji, który nas zabierał z tego miejsca, czynił to mocno nerwowo z uwagi właśnie na te tuk-tuki; kazał wsiadać jak najszybciej i jechać, i nie dawać po sobie znać, że zamawialiśmy go przez aplikację. Jak później tłumaczył, obawiał się owej mafii.

24.01.2025 i 26.01.2025 Galle Fort

Fort Galle został zbudowany w 1588 roku przez Portugalczyków i jest malowniczym miejscem wpisanym na listę UNESCO World Heritage Site.

Przy murach fortu młodzież gra w krykieta.

Jest kilka sklepów sieci Spa Ceylon z kosmetykami. Mimo (przynajmniej teoretycznej) luksusowości sklepu i kosmetyków, ceny są niskie, kilkanaście do kilkudziesięciu złotych za produkt.

Obok na ulicy przemyka waran.

Jedną z atrakcji turystycznych jest Holenderski Kościół Reformowany, działający od 1755 roku.

Uliczki fortu są malownicze, pełne hoteli, restauracji i sklepów.

Są też kancelarie prawne:

Widok z fortu na morze:

W wielu miejscach można kupić bardzo tanie soki. Niestety, okazują się dość wodniste:

Jest też market z kilkunastoma producentami rękodzieła. Kupujemy drewniane miski. Ceny raczej niskie.

Podobno większość mieszkańców fortu Galle to muzułmanie.

22.01.2026 Wadduwa – Hikkaduwa

Doświadczywszy marnego standardu vanów zamawianych Uberem, tym razem zamawiamy przejazd w bardziej tradycyjnej lokalnej firmie transportowej z Colombo, Kangaroo Cabs. Wybór samochodu na 14 osób to dobry pomysł, bo jeden rząd jest spożytkowany na nasze bagaże i pozostała liczba bardzo wygodnych miejsc akurat jest optymalna na naszych 7 osób.

Nasze kolejne zakwaterowanie jest właściwie nie w Hikkaduwa, ale w połowie drogi pomiędzy Hikkaduwa a Galle. Jest to hotel Crystal Sands Hikkaduwa, o tyle specyficzny, że będący chyba jedynym dziesięciopiętrowym blokiem w promieniu wielu kilometrów. Mamy tu zarezerwowany apartament z trzema sypialniami o powierzchni powyżej 100m, z jacuzzi na tarasie. Cena to USD 1200 za 6 dni pobytu ze śniadaniami.

Tu już nie ma prywatnego kucharza, tylko restauracja na 10 piętrze. Potrawy smaczne, ceny w kierunku europejsko-polskich, co jest pewnym szokiem po praktycznie darmowym jedzeniu gotowanym przez prywatnego kucharza w willi. Za to jest ładny widok.

Widok z okna apartamentu:

Plaża przy hotelu jest ładna, mało osób i żadnych beachboyów. Hotel zapewnia leżaki i parasole. Do wody można wejść na kilkadziesiąt metrów w głąb, jest płytko, choć fale są bardzo wysokie. Jak wszędzie, są psy, choć nie w jakiejś dużej liczbie.

Niestety, pierwszego wieczoru pojawia się ten sam problem, co w Wadduwa – silne zadymienie powietrza. Jak widać, jest to problem występujący wszędzie. Wieczór spędzamy poza tarasem. Następnego dnia rano też będzie czuć dym. Dopiero w dzień ustąpi.

Rybacy wyciągają w pocie czoła łodzie z wody na stromy brzeg, zajmuje to im dużo czasu:

Na plaży jaja żółwi:

21.01.2026 Bentota

Ulegamy „zaprzyjaźnionemu” organizatorowi wycieczek z plaży i jedziemy na wycieczkę. Ma ona obejmować wizytę w ajurwedyjskim ogrodzie / lecznicy, w sanktuarium żółwi i mini-safari rzeczne na rzece Bentota. Rozważaliśmy również bardziej interesujące safari na rzece Madu, ale perspektywa dojazdu 1.5 godziny w każdą stronę nas zniechęciła.

Cena wycieczki za 7 osób w sumie EUR 100, w tym wszystkie wstępy. Ale wycieczka składa się z kilku wizyt, które – od razu widać – są tak dobrane, żeby zarobić na turyście.

Pierwszy etap to wizyta w „Herbal garden, authentic, ayurvedic”. Przewodnik oprowadza po ogrodzie, trochę mówi o roślinach i ich zastosowaniu. Następnie uczestnicy wycieczki zostają poddani ajurwedyjskiemu 15-minutowemu masażowi, za który sugerowany jest datek. Ponieważ wcześniej płaciłem LKR 5000 za godzinny masaż, to tu zapłaciłem datek LKR 2000. W sumie masaż ok, choć krótki. Wreszcie, na końcu, jest wizyta w sklepie – i chyba z tego oni żyją. Ceny na moje oko spore, ale żona chciała i kupiła produktów za LKR 95000. Z tego, co czytam w opiniach na Google Maps, to można te same produkty kupić w aptece jakieś 100 razy taniej – ale nie miałem jak tego zweryfikować. Zresztą – co w sumie za różnica? Ajurwedyjski sklep zaliczony, może nie trzeba będzie już kupować niczego w kolejnych… Naszemu przewodnikowi też wypłacono jego dolę na końcu.

Następny etap wycieczki to Bentota river safari & Sammy water sports. Tutaj wsiadamy na łódkę i zwiedzamy rzekę, jej dopływ do morza i namorzynowy las u brzegu. Nie wiem, ile kosztuje ta atrakcja, bo jest w cenie naszej wycieczki. Ale za nią akurat warto by było zapłacić, bo jest trochę ciekawych zwierząt do obejrzenia.

Nietoperze:

Warany:

Kameleony:

Małpy:

Charakterystyczny ptaszek:

Duży krokodyl:

Ostatnim etapem podróży jest wizyta w Sea Turtle Project. Wstęp znów mieliśmy wliczony, ceny nie znamy. Jest to w sumie ciekawa wizyta, zwłaszcza dla dzieci. Można obejrzeć różne żółwie, duże i małe, jak również je potrzymać. Na końcu można dać donację albo zakupić w ramach donacji drobiazgi. Tu jakoś dziwnie to wygląda, bo magnes chcieli sprzedać za LKR 8000, więc zdecydowałem się dać samą donację. Dałem w końcu symboliczne LKR 2000 – ale gdy chciałem je wrzucić do puszki, to przewodnik kazał dać do ręki. Ok, w porządku – ale jakieś to dziwne.

Przy powrocie do naszej willi przewodnik proponował jeszcze masaże i wizyty w sklepach, jednak byliśmy już mocno zmęczeni. Wycieczkę oceniam w miarę pozytywnie, ale nie do końca przekonały mnie zakupy żony w ajurwedyjskim sklepie, po chyba zawyżonych cenach. Reszta atrakcji ok. Podstawa to nie płacić zbyt wiele, gdy cena albo darowizna jest „co łaska”.

18-21.01.2026 Wadduwa

Plaża przy willi jest dość dzika i kameralna. Fale dość duże, raczej niepozwalające na spokojną kąpiel. Potrafią przewrócić dorosłego.

Obok willi przechodzą tory – jest to jedna z głównych linii kolejowych, łącząca Colombo i Galle. Pociągi są zatłoczone, ludzie chłodzą się, zwisając z otworów drzwiowych.

Obok willi znajduje się też świątynia buddyjska (i chyba szkoła) – Wasantharama Temple.

W bocznych uliczkach i na plaży łazi trochę bezpańskich psów. Są nieagresywne, ale potrafią iść za nami przez dłuższy czas – wygląda na to, że mają nadzieję dostać poczęstunek.

Po okolicy jeździ tuk-tuk – mobilny sklep z pieczywem. Informuje o swojej obecności, cały czas grając bardzo głośną melodyjkę.

Są też bardziej „luksusowo” wyglądające mobilne piekarnie:

W naszej okolicy, wzdłuż głównej drogi nie ma chodnika. Trzeba chodzić poboczem, a przejście przez jezdnię to spore wyzwanie.

Dopiero jakieś 10-15 minut dalej na północ, w stronę Colombo, pojawia się chodnik.

Jest trochę dużych sklepów z artykułami gospodarstwa domowego, w nich można kupić wszystko, łącznie z durszlakami z kokosa za LKR 225:

Nasz kucharz codzienne zakupy robi w supermarkecie Cargills. Jest to nowoczesny sklep w stylu zachodnim, ze sporym asortymentem. Poniżej zamieszczam zdjęcia rachunków za zakupy, głównie z tego sklepu. Można sprawdzić ceny różnych produktów.

Koło naszej willi jest hotelik z oddzielnym pawilonem, w którym można zamówić godzinny masaż ajurwedyjski (LKR 5000). Korzystamy później z tej opcji, jest ok.

Dużym problemem jest jakość powietrza. Mieszkańcy tych okolic pozbywają się śmieci, paląc je. Gdy sąsiedni hotel pali śmieci i wiatr wieje w naszą stronę, smród plastiku trwa wiele godzin i trudno jest wytrzymać. Ogólnie, gdy się idzie ulicą, co jakiś czas mija się tlące się ogniska śmieci – nikt tych ognisk nie pilnuje, tlą się godzinami. Pół biedy, jeśli śmieci pali ktoś, kto nie generuje ich dużo – ale jeśli pali śmieci hotel, to smród plastiku może trwać i pół nocy.

16-17.01.2026 Warszawa – Sri Lanka

Lot linią lotniczą Flydubai jest w miarę komfortowy; chyba bardziej, niż Air Arabią. Najdroższy bilet w taryfie economy, zwany Economy Flex, jest i tak niedrogi, a obejmuje 39 kg bagażu na osobę, możliwość przełożenia lub anulowania lotu, prawie dowolny wybór miejsc, posiłki i napoje na pokładzie (te akurat chyba wszystkim dają). Miejsca na nogi sporo – przynajmniej w rzędach z przodu samolotu; z tyłu nie sprawdzałem (w Air Arabii z tyłu było mało miejsca).

W samolocie przez cały lot bardzo ciepło, za odzież wystarczy t-shirt. Jedzenie na trasie Warszawa-Dubaj średnie, na trasie Dubaj-Colombo smaczne.

Niemiła niespodzianka na lotnisku w Dubaju. Autobus wiozący pasażerów z samolotu na terminal jedzie 15 minut i panuje w nim temperatura kilku stopni celsjusza. Jest to wynikiem ekstremalnego chłodzenia, bo na dworze jest około 20 stopni. Wszyscy marzną, konieczne jest założenie kurtek i czapek. Podobnie będzie w autobusie pomiędzy terminalami, jadącym blisko pół godziny: i tutaj bez ciepłej odzieży ani rusz.

Nasz samolot z Dubaju do Colombo odlatuje z dubajskiego terminala 2. Jest to o tyle niekorzystne, że to mało komfortowy terminal, a mamy wiele godzin oczekiwania na przesiadkę. Cały terminal to jedna wielka hala z dużą liczbą średnio wygodnych krzeseł. Jest tu trochę fast foodów (cena około AED 50 za kanapkę), ale trzeba kombinować, żeby znaleźć miejsce siedzące do zjedzenia. Całe szczęście znajdujemy miejsca siedzące do oczekiwania na samolot.

Na Sri Lance lądujemy kolejnego dnia rano, na lotnisku Katunayake (koło Colombo). Po odebraniu bagaży trafiamy do hali już przy wyjściu z lotniska. Jest tu duży wybór bankomatów, warto wyjąć pieniądze (LKR). Wcześniej już uzyskałem informację, że bankomaty niepobierające prowizji to m. in. Bank of Ceylon i People’s Bank. Wyjmuję pieniądze bez problemu. Obok bankomatów jest stanowisko sieci telefonicznej Dialog. Sam mam już wcześniej kupiony esim Airalo, ale pozostali podróżnicy zaopatrują się tu w karty SIM Dialog, które w najtańszej opcji są tańsze od międzynarodowych esimów i zawierają więcej danych w pakiecie.

Z lotniska zamawiamy Uber w wersji Van, bo jest nas 7 osób, i jedziemy do Colombo. Cena przejazdu LKR 8800, samochód z klimatyzacją, ale mocno wysłużony.

W Colombo wchodzimy z całymi walizkami do centrum handlowego One Galle Face Mall. Tu pewne utrudnienie, bo przy wejściu do centrum handlowego trzeba poddać wszystkie walizki kontroli bezpieczeństwa, a my mamy ze sobą 10 walizek, w tym 4 duże i ciężkie. Nasza kontrola wywołuje zator przy wejściu – po nas ustawia się kilkudziesięcioosobowa kolejka.

W centrum handlowym są sklepy, takie jak wszędzie na świecie, plus food court i restauracje. Gdy decydujemy się na obiad w restauracji tajskiej Nara Thai (wysoki standard), cena za posiłek wychodzi około LKR 3500 od osoby.

Po obiedzie jedziemy do naszego docelowego miejsca zakwaterowania w Wadduwa. Znów zamawiamy Uber Van, cena LKR 8700. Niestety, van okazuje się mocno przechodzony. Brakuje jednego fotela, przez co trzeba się stłoczyć w 7 osób na 6 siedzeniach. Ale, co gorsza, praktycznie nie działa klimatyzacja, przez co jedziemy w upale przez ponad godzinę. To doświadczenie powoduje, że zaczynamy z rezerwą myśleć o korzystaniu z tej formy transportu w przyszłości.

W Wadduwa zatrzymujemy się w willi przy plaży. Cena to USD 2350 za 5 dni pobytu w willi (niezależnie od liczby osób). Willa jest duża, z pięcioma sypialniami dwuosobowymi (każda z własną łazienką), dwoma ogromnymi salonami, kilkoma tarasami, bilardem, dużym basenem, ogrodem i własnym wyjściem na plażę. W cenę jest wliczone przygotowywanie posiłków przez kucharzy; płaci się tylko za koszt produktów (na podstawie paragonów; działa to uczciwie).