O 6 rano zbiórka na safari po parku narodowym Udawalawe. Safari mamy wykupione za pośrednictwem Makalu Safari Camp. Cena to USD 45 za jeep 6-osobowy. Jest tu jednak 7 foteli, więc wszyscy mieścimy się w jednym jeepie. Jedno, czego nie przewidzieliśmy, to to, że o 6 rano jest całkiem zimno, a w jeepie jedzie się na otwartej platformie. Przewiewa nas zimny wiatr, marzniemy. Trzeba się było cieplej ubrać.
Po wjeździe do parku narodowego trzeba wykupić bilety wstępu. Nie są one uwzględnione w cenie safari. Cennik nad kasami jest nieaktualny, płacimy około 10000 LKR od dorosłego i 6000 LKR od dziecka.
Park narodowy Udalawale jest dość rozległy. Główne drogi są w miarę ok, pomniejsze drogi – słabe. Pawie i małe ptaszki widać od razu, są też małpy.

Do pierwszych słoni jedziemy dość długo – jakieś pół godziny. Później tu i ówdzie trafiają się pojedyncze słonie albo ich całe rodziny.

Jeepów z innymi zwiedzającymi jest sporo, choć nie ma zatorów. W połowie jeepów siedzą zaledwie dwie osoby, a w niektórych – jedna.

Na terenie parku znajduje się część sztucznego zbiornika wodnego – Uda Walawe Reservoir. Jest to jedno z ciekawszych miejsc, które odwiedzamy – z uwagi na krajobraz i różne zwierzęta. Jest dużo krokodyli i rodziny słoni.



Po śniadaniu i wymeldowaniu z Makalu Safari Camp jedziemy do Elli. Po drodze zbaczamy z drogi, żeby odwiedzić wodospady Diyaluma Falls. Jest to bardzo malownicza atrakcja: kilka wodospadów na różnych poziomach góry. Od razu zostaje nam przydzielony przewodnik; cena to USD 10 od osoby – czyli w przypadku naszej grupy USD 70. Wydaje się to drogo i nie wiadomo, czemu służy – zwłaszcza, że przewodnik – przynajmniej na początku wycieczki – ani nic nie mówi, ani nie pomaga iść, gdy teren staje się trudniejszy. Jednak później, przy wodospadach, rzeczywiście pomaga i coś-tam mówi, a cała wycieczka okazuje się trwać kilka godzin, więc można powiedzieć, że stawka jest jakoś-tam usprawiedliwiona. Poza tym przewodnik jest chudy jak szkielet, niech więc trochę zarobi i się naje… Co ciekawe, idzie też z nami – i miejscami pomaga – nasz kierowca.




Ella to dziwne miejsce. Nagle, w środku górskiej Sri Lanki, wjeżdżamy do miasteczka z agresywną zabudową, wielopoziomowymi zachodnimi restauracjami i tłumem białych. Setki knajp.


Mieszkamy tu w pensjnacie prywatnym, notabene niezbyt tanim, bo prawie USD 250 dziennie za pokój 40m2 z dwoma łóżkami dwuosobowymi i śniadaniem, stamdard niższy, niż wcześniej nad morzem. Ale widząc tłum zachdnich turystów, taka cena nie dziwi. Swoją drogą ciekawe, czemu akurat Ella została tak wypromowana. Podobno stało się to pod wpływem instagramowych mód. Krajobraz jest malowniczy z uwagi na (1) pola herbaty (2) malownicze góry (3) malowniczy most i pociąg. Ale, z drugiej strony, wszystkie te cechy mają także inne miejscowości w okolicy. Może chodzi o łatwą do zapamiętania nazwę? W każdym razie miejscowość budzi kontrowersje: czemu jest taka modna? Trochę można poczuć się jak na Krupówkach w Zakopanem.
Widok sprzed apartamentu:
