To ostatni dzień naszego pobytu na Sri Lance. W planie mamy przejazd z Sigiriya do Katunayake w pobliże lotniska, skąd mamy powrotny lot wcześnie rano następnego dnia.
Po drodze mijamy człowieka na słoniu.
W Dambulla znajduje się Złota Świątynia buddyjska, jedna z większych lokalnych atrakcji. Jedziemy ją zwiedzić. Jest kilka jaskiń z posągami Buddy z różnych okresów. Za niewielką opłatą oficjalny przewodnik oprowadza i tłumaczy, o co chodzi.
W Katunayake zatrzymujemy się w Unic Residency and Airport Transit Hotel. Jest to tani nocleg, w cenie USD 50 za apartament z dwoma sypialniami, w tym podobno śniadanie, z którego nie planujemy skorzystać z uwagi na konieczność opuszczenia hotelu o 6 rano. Ale pokoje są czyste i schludne – jak widać, niska cena nie musi oznaczać kompromisu jakościowego.
Blisko hotelu jest wybrzeże Negombo Lagoon, gdzie w jednej z restauracji jemy kolację. Ceny niskie, brak turystów, widoki ładne.
Następnego dnia wcześnie rano opuścimy Sri Lankę za pośrednictwem lotniska Colombo Bandaranaike. Na lotnisku jest sporo sklepów i kawiarni, można zjeść śniadanie – choć już w cenach mocno europejskich.
Jedną z głównych atrakcji w okolicy trójkąta historycznego jest Sigiriya ze swoją Lwią Skałą. Wstęp jest umiarkowanie drogi, od razu zgłasza się do pomocy (opcjonalnej) jeden z oficjalnych przewodników. Koszt LKR 3000 za przewodnika wydaje się niski, jeśli zapewni on komentarz do całej wycieczki. Jak się okazuje, przewodnik nie tylko opowiada o zabytkach, ale również robi bardzo ładne zdjęcia naszej rodziny – których nie zamieszczam tu ze względu na prywatność.
Ogrody pod skałą:
Podejście:
Na górze:
Przy zejściu ze skały jest możliwość obejrzenia starożytnych fresków przdstawiających konkubiny króla. Jest tam zakaz robienia zdjęć.
Po wizycie na Lwiej Skale zabieramy bagaże z A4 villa do miejsca o wyższym standardzie. Jest to czterogwiazdkowy hotel Sigiriya. Standard jest zachodni, a cena – co ciekawe – całkiem umiarkowana; niewiele droższa od nieszczęsnej A4, obejmująca bardzo rozbudowane śniadanie w formie bufetu. W dodatku jest basen z widokiem na Lwią Skałę i z ratownikiem opiekującym się dziećmi. Jedyna wada – ciasne pokoje z dostawkami dla naszych dzieci. No ale nie można mieć wszystkiego.
Po południu wybieramy się na Pidurangala Rock. Jest to inna, trudniejsza do zdobycia skała, położona niedaleko od Lion Rock.
Niestety, nie udaje nam się wejść na szczyt. Od pewnego miejsca pojawia się kolejka ludzi do wejścia, która prawie się nie posuwa. Później zaczyna lać deszcz, co w połączeniu ze śliskim podłożem nie zachęca do kontynuowania wyprawy.
Wyjeżdżamy z Elli i udajemy się do tzw. trójkąta historycznego, gdzie mamy zarezerwowany nocleg w Habaranie. Po drodze mamy zwiedzić plantację herbaty w okolicy Nuwara Elija. Jak się okaże, trasa jest bardzo długa i zajmie nam czas od 9:00 rano do 9:00 wieczorem, godzinami drogami pełnymi serpentyn, kiedy to czujemy się jak transportowane worki kartofli, miotane na boki.
Zatrzymujemy się i wraz z kierowcą zwiedzamy przydrożne pole herbaty. Jedna z pań zbierających herbatę pokazuje, jak ją zrywać, można też zrobić jej zdjęcia. Wypada dać jej za to LKR 500. To godziwy napiwek, bo tylko kilka razy więcej dostaje za 4 godziny pracy w polu.
W wyniku cyklonu i intensywnych opadów deszczu, które miały miejsce miesiąc wcześniej, miało miejsce bardzo dużo osunięć ziemi, które zniszczyłu drogi, budynki, i przyczyniły się do zabicia wielu osób. Podczas naszej jazdy mijamy wiele osuwisk, w większości już uprzątniętych. Niektóre nie wyglądają najlepiej.
Mamy zaplanowaną wizytę w przetwórni herbaty. W jednej z nich nie ma już miejsc parkingowych, ale w kolejnej – Bluefield – udaje nam się zaparkować i otrzymać przewodniczkę, w dodatku mówiącą po polsku – plus w wielu innych europejskich językach – oczywiście nieidealnie i niekoniecznie rozumiejącą w tych językach, a jedynie opowiadającą. Tak czy siak zasługuje to na szacunek. Oprowadzanie po przetwórni jest darmowe, zarabia ona na sprzedaży turystom herbaty. Pokazywane jest zarówno zbieranie herbaty – wszyscy otrzymują tu pojemniki na herbatę i idą na pole zbierać – jak i dalsze etapy procesu: suszenie, fermentacja itd.
Jest też degustacja różnych herbat połączona z wykładem – płatna, choć symbolicznie.
W okolicy Habarany mijamy na szosie słonie. To podobno standard w tej okolicy.
W Habaranie mamy zarezerwowany nocleg w przybytku o nazwie A4 Villa & Spa. Obsługa jest miła i nawet mają specjalnie dla nas zorganizować pokaz lokalnych tańców. Nocleg jest raczej tani, po USD 64 za 4 osoby za noc, więc nie oczekujemy luksusów. Ale problem jest nie w braku luksusu, ale w złym stanie pokoi i ich higieny oraz czystości pościeli i ręczników. Znajomi, z którymi podróżujemy, nie są w stanie zmrużyć oka z powodu brudu. Jest to dziwne, bo na Booking.com ten przybytek ma wysokie oceny. Nie rozumiemy, gdzie popełniliśmy błąd przy rezerwowaniu tego noclegu. Coś dziwnego się tu musiało zadziać – coś, czego do końca nie rozumiemy. Dziś już jest za późno na zmianę, ale jutro zmienimy nocleg na coś bardziej cywilizowanego.
Na Sri Lance wszędzie leżą psy, i większość z nich wygląda tak samo: średnich rozmiarów żółte psy.
Dziś pada deszcz, więc planowaną wycieczkę na Little Adam’s Peak odsuwamy w czasie na później, a teraz odbywamy krajoznawczą przejażdżkę pociągiem, którą zasugerował nam nasz kierowca. Przebycie kilku stacji pociągiem i spotkanie tam kierowcy to popularny scenariusz tutejszej wycieczki. Peron zapełniony jest turystami, prawie żaden lokals nie wsiada do pociągu. Prawie wszyscy wysiądą po przejechaniu jednego przystanku. Jedziemy drugą klasą, płacąc po około LKR 100 za bilet. Pociągi mają 3 klasy.
Drzwi w pociągach, a także autobusach na Sri Lance, zazwyczaj pozostają otwarte podczas jazdy. Zapewnia to lepsze widoki i lepsze chłodzenie wnętrza. W tym przypadku turyści wychylają się z drzwi i pozują sobie do zdjęć.
W pociągu jest wagon barowy, poza tym krąży sprzedawca orzeszków.
Później jeszcze wizyta w herbal gardenie. Po wizycie tydzień temu w podobnym przybytku, jestem już mocno cięty na tę turystyczną atrakcję. Scenariusz jest podobny: oprowadzanie po ogrodzie i opowiadanie o właściwościach ziół, później dla chętnych kilkunastominutowy masaż, za który wypada zapłacić, a wreszcie wizyta w sklepie z ziołowymi specyfikami wycenionymi mocno wysoko, jak na warunki na Sri Lance – od których to zakupów przewodnik, który tu zaciągnął turystów, otrzymuje prowizję. Całe szczęście, po zakupach poczynionych w herbal garenie tydzień temu, tutaj prawie niczego nie kupujemy, bo już wszystko mamy.
Próbujemy zdobyć Little Adam’s Peak, ale zaczyna padać, więc przed szczytem zawracamy. Zamiast tego idziemy na masaż stóp do znalezionego w internecie salonu masażu. Ceny dostępne, po LKR 4000 – 5000 za masaż. Godne polecenia.
O 6 rano zbiórka na safari po parku narodowym Udawalawe. Safari mamy wykupione za pośrednictwem Makalu Safari Camp. Cena to USD 45 za jeep 6-osobowy. Jest tu jednak 7 foteli, więc wszyscy mieścimy się w jednym jeepie. Jedno, czego nie przewidzieliśmy, to to, że o 6 rano jest całkiem zimno, a w jeepie jedzie się na otwartej platformie. Przewiewa nas zimny wiatr, marzniemy. Trzeba się było cieplej ubrać.
Po wjeździe do parku narodowego trzeba wykupić bilety wstępu. Nie są one uwzględnione w cenie safari. Cennik nad kasami jest nieaktualny, płacimy około 10000 LKR od dorosłego i 6000 LKR od dziecka.
Park narodowy Udalawale jest dość rozległy. Główne drogi są w miarę ok, pomniejsze drogi – słabe. Pawie i małe ptaszki widać od razu, są też małpy.
Do pierwszych słoni jedziemy dość długo – jakieś pół godziny. Później tu i ówdzie trafiają się pojedyncze słonie albo ich całe rodziny.
Jeepów z innymi zwiedzającymi jest sporo, choć nie ma zatorów. W połowie jeepów siedzą zaledwie dwie osoby, a w niektórych – jedna.
Na terenie parku znajduje się część sztucznego zbiornika wodnego – Uda Walawe Reservoir. Jest to jedno z ciekawszych miejsc, które odwiedzamy – z uwagi na krajobraz i różne zwierzęta. Jest dużo krokodyli i rodziny słoni.
Po śniadaniu i wymeldowaniu z Makalu Safari Camp jedziemy do Elli. Po drodze zbaczamy z drogi, żeby odwiedzić wodospady Diyaluma Falls. Jest to bardzo malownicza atrakcja: kilka wodospadów na różnych poziomach góry. Od razu zostaje nam przydzielony przewodnik; cena to USD 10 od osoby – czyli w przypadku naszej grupy USD 70. Wydaje się to drogo i nie wiadomo, czemu służy – zwłaszcza, że przewodnik – przynajmniej na początku wycieczki – ani nic nie mówi, ani nie pomaga iść, gdy teren staje się trudniejszy. Jednak później, przy wodospadach, rzeczywiście pomaga i coś-tam mówi, a cała wycieczka okazuje się trwać kilka godzin, więc można powiedzieć, że stawka jest jakoś-tam usprawiedliwiona. Poza tym przewodnik jest chudy jak szkielet, niech więc trochę zarobi i się naje… Co ciekawe, idzie też z nami – i miejscami pomaga – nasz kierowca.
Ella to dziwne miejsce. Nagle, w środku górskiej Sri Lanki, wjeżdżamy do miasteczka z agresywną zabudową, wielopoziomowymi zachodnimi restauracjami i tłumem białych. Setki knajp.
Mieszkamy tu w pensjnacie prywatnym, notabene niezbyt tanim, bo prawie USD 250 dziennie za pokój 40m2 z dwoma łóżkami dwuosobowymi i śniadaniem, stamdard niższy, niż wcześniej nad morzem. Ale widząc tłum zachdnich turystów, taka cena nie dziwi. Swoją drogą ciekawe, czemu akurat Ella została tak wypromowana. Podobno stało się to pod wpływem instagramowych mód. Krajobraz jest malowniczy z uwagi na (1) pola herbaty (2) malownicze góry (3) malowniczy most i pociąg. Ale, z drugiej strony, wszystkie te cechy mają także inne miejscowości w okolicy. Może chodzi o łatwą do zapamiętania nazwę? W każdym razie miejscowość budzi kontrowersje: czemu jest taka modna? Trochę można poczuć się jak na Krupówkach w Zakopanem.
Opuszczamy Hikkaduwa i jedziemy w pobliże parku narodowego Udawalawe. Od dziś mamy wynajętego kierowcę z dużym, wygodnym samochodem. Znaleźliśmy go jeszcze w Polsce na jednej z facebookowych grup o Sri Lance. Cena kierowcy na 6 dni to USD 660, bez dodatkowych opłat za paliwo itp.
Zatrzymujemy się w Makalu Safari Camp. Jest to kemping w okolicy przypominającej sawannę, nad rzeką, z namiotami na palach. Jest tu 6 namiotów. Namioty mają łazienki i przysznice z letnio-zimną wodą. Cena noclegu to USD 87 za namiot czteroosobowy ze śniadaniem.
W cenie jest przepłynięcie łodzią po rzece. Widać bagna i ciekawe rośliny i zwierzęta.
Zamówiliśmy też lunch za USD 40 i kolację za USD 58. Są to dobre posiłki, dużo różnych smacznych dań. Kolacja jest przy ognisku i pochodniach.