Nasz hotel, mimo „Hikkaduwa” w nazwie, jest odległy od Hikkaduwa o jakieś 15 minut jazdy samochodem. Wybraliśmy się do Hikkaduwa na krótki rekonesans.
Miejscowość jest położona wzdłuż głównej drogi i nie posiada chodnika, więc poruszać się po niej dość trudno, jeśli przeszkadza nam ocieranie się o samochody. W centralnej części miejscowości jest plaża, koncentruje się tu biznes turystyczny i sklepy. Plaża raczej wąska, po morzu pływają surferzy na falach. Miejscowość wygląda na mocno „młodzieżową”; są hostele i tanie hotele po kilkanaście USD za noc, są koncerty i imprezy.

Moją uwagę przyciąga Elephant Foot Drum Shop (https://www.elephantfootsrilanka.com/), właściciel jest muzykiem, zachęca do przyjścia na koncert następnego dnia. W ofercie sporo różnych bębnów i perkusjonaliów.
Hikkaduwa nie do końca trafia w nasze potrzeby – osób podróżujących z dziećmi. Po zjedzeniu średniej jakości obiadu w jednym z hoteli, zamawiamy powrotny transport.
Okolica naszego hotelu jest bardziej wiejska od Hikkaduwa, białych ludzi tu raczej nie widać.




Warto wspomnieć, że pomiędzy miejscowościami (hotel-Galle, hotel-Hikkaduwa) przemieszczamy się przy pomocy aplikacji PickMe. Jest to lokalna wersja Ubera. Uber też tu jest, ale PickMe ma większą flotę dużych samochodów, mogących pomieścić naszą siedmioosobową grupę. Przejazdy zazwyczaj wychodzą w granicach LKR 3500 za kilkunastokilometrową jazdę.
Jeszcze przed przyjazdem na Sri Lankę czytałem o mafii tuktukowej – chodzi o to, że kierowcy tuk-tuk stanowią mafię, która przegania, albo i bije kierowców Ubera i PickMe. Sami zaś oferują przejazdy tuk-tukami w absurdalnie wysokich cenach. Na szosie na wysokości naszego hotelu też zawsze stoją 1-2 tuk-tuki. Jeden z kierowców z aplikacji, który nas zabierał z tego miejsca, czynił to mocno nerwowo z uwagi właśnie na te tuk-tuki; kazał wsiadać jak najszybciej i jechać, i nie dawać po sobie znać, że zamawialiśmy go przez aplikację. Jak później tłumaczył, obawiał się owej mafii.